Lech Mergler

Aktywista miejski z Poznania, z zawodu inżynier, potem wydawca i publicysta. Współtwórca stowarzyszeń My-Poznaniacy i Prawo do Miasta. Współorganizator Kongresu Ruchów Miejskich w 2011 r. w Poznaniu, prezes zarządu KRM 2016-2019. 

Miejski grunt – nasza lektura

27 grudzień 2021

Rafał Matyja wydał blisko pięćsetstronicowe dzieło pt. „Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością” (wyd. Karakter, Kraków 2021). To pozycja obowiązkowa dla działaczy miejskich, obok „Wynajdywania miejskości. Polska kwestia miejska z perspektywy długiego trwania” Pawła Kubickiego (ZW NOMOS, Kraków 2017). Przynosi świeże spojrzenie na ostatnie 250 lat naszych dziejów widzianych poprzez rozwój miast, z dużym dystansem do dominującej w Polsce narracji historycznej.

Oba przywołane tytuły nie wyczerpują oczywiście listy ostatnich książek ważnych dla miejskich aktywistów. Szczególne znaczenie mają książki „o nas”: Pawła Kubickiego „Ruchy miejskie w Polsce” oraz Anny Domaradzkiej „Klucze do miasta. Ruch miejski jako nowy aktor w polu polityki miejskiej”. Ukazała się także całkiem liczna grupa tytułów niejako „tematycznych”, ostatnio „Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta” Jana Mencwela, wcześniej Karola Trammera „Ostre cięcie. Jak niszczono polską kolej”, i cały szereg innych.

Autor o swoim dziele

 Dzieło Rafała Matyi otwierają słowa intrygujące:
„Żyjemy w świecie, którego nie znamy. Nie wiemy, kto i dlaczego zbudował miejscowości, w których mieszkamy, albo stworzył instytucje, z których korzystamy. Kto i w jakich okolicznościach ukształtował naszą codzienność. (…) Nasze myśli są więźniami innej historii: zbudowanej wokół patriotycznych symboli, utkanej ze spraw niepewnych i wątpliwych, a zarazem z haseł budzących emocje. To sprawia, że zachowujemy się tak, jakbyśmy nie rozumieli związków między niepodległością i państwem, wolnością i prawem, bezpieczeństwem i jakością życia a infrastrukturą techniczną i społeczną. Ofiary historii nazywamy naszymi bohaterami, a tych, którym jesteśmy winni choćby uwagę – o ile nie wdzięczność – nie znamy nawet z nazwiska.” (s. 7)

Dystans do historii jako romantycznej, heroiczno-martyrologicznej opowieści o dziejach, skupionej na wielkich, uznawanych za przełomowe wydarzeniach (wojny i bitwy, powstania, uroczyste ceremonie…) oraz ich pierwszoplanowych uczestnikach, władcach, wodzach i bohaterach, pisanej z punktu widzenia metropolii i stolic wyrażany jest w wielu miejscach na kartach książki. Z samych cytatów na ten temat można by ułożyć samodzielny, błyskotliwy materiał[1]. Ten dystans, ale nie opozycja (autor deklaruje komplementarny wobec romantycznej, a nie polemiczny charakter swojej opowieści o polskich dziejach), dociekliwy sceptycyzm, jest punktem wyjścia, niejako założeniem książki, której intencje Matyja definiuje tak:
„Moim celem jest zaproponowanie nowej wyobraźni historycznej, zbudowanej wokół tego, co jest przedmiotem naszej wspólnej troski. Wokół terytorium, które w obecnym kształcie przypadło nam w udziale zaledwie siedemdziesiąt lat temu, wokół sposobów radzenia sobie z nowoczesnością, podejmowanych zarówno w okresach bez państwa, z państwowością cząstkową i ułomną, jak i w tych czasach – podobnych do dzisiejszych – kiedy narzędziem „radzenia sobie” były struktury i instytucje Rzeczypospolitej”.(s. 13)

Czym jest tytułowy „miejski grunt?” Grunt pod nogami, który jest rękojmią zaufania wobec świata, dającego poczucie egzystencjalnego bezpieczeństwa?
„Przyjrzyjmy się historii gruntu pod nogami: temu, jak powstawała – stanowiąca osnowę państwa – współczesna sieć miejska. Sieć, która jest punktem odniesienia także dla mieszkańców wsi. (…) Zobaczmy zatem tę sieć miejską, tworzoną nie tylko przez mury budynków czy drogi i szlaki kolejowe, lecz także instytucje – świadczone przez nie usługi, poczucie bezpieczeństwa, które im zawdzięczamy. Dostrzeżmy ponadto nowe – będące następstwem modernizacji – zachowania, obyczaje, sposoby spędzania czasu. To też nasz grunt pod nogami. Ukształtowany nie przez naturę czy opatrzność, ale przez działania naszych przodków mniej lub bardziej świadomych ich konsekwencji. (s. 9)

W podtytule „Miejskiego gruntu” obecna jest kategoria „nowoczesności”, „gry” z nowoczesnością. Autor książki wyjaśnia zwięźle, w duchu egalitarnym i progresywnym, swój sposób używania tego pojemnego terminu:
„Nowoczesność to – w pewnym wątku dziejów – wysiłek zbudowania gruntu pod nogami dla wszystkich bez wyjątku. To nie utopia idealnej równości, ale i nie ponura z dzisiejszego punktu widzenia wizja świata, w którym godne warunki życia dostępne są nielicznym. W samym rdzeniu nowoczesności jest sprzeciw wobec przeszłości, wobec tego co było. To nawet pewnego rodzaju obrzydzenie realiami życia i relacjami międzyludzkimi obowiązującymi w dawnych epokach.” (s. 12)[2]

mapa Polski


Jaka to książka?

Obszerne opracowanie Matyi ma charakter syntetyczny i przeglądowy, relacjonuje najważniejsze etapy cywilizacyjnego rozwoju Polski w ciągu ostatnich 250 lat, czyli mniej więcej w okresie tego, co rozumiemy przez epokę nowoczesną. Otwiera je dramatyczny dla Polski, rok 1772 – rok I rozbioru kraju. Rozwój Polski jest przedstawiony w konkretnych i dość szczegółowo i rzeczowo opisanych przejawach, widzianych poprzez to, co działo się z miastami i w miastach, jako źródłami i wehikułami progresywnych zmian, lokalnymi centrami rozwoju emanującymi mniej lub bardziej na otoczenie, niezależnie od braku państwa. Punktem wyjścia jest przestrzeń – chodzi o przemiany miast/w miastach na terytorium, które obecnie zajmuje Polska. W części także o te miasta, które już nie znajdują się na terenie państwa polskiego, ale w swoim czasie były dla kraju istotne, były polskie, jak choćby Lwów czy Wilno.

Państwo albo naród, czy patetycznie – ojczyzna – to abstrakcyjne agregaty pojęciowe, w nowoczesnym rozumieniu względnie młode i odległe od rzeczywistości mentalno-wyobrażeniowej dawnych wieków. Dla ogromnej większości chłopskich mieszkańców wsi i mieszkańców miast przez stulecia były to abstrakcje puste i raczej obojętne. To, że granice państw się zmieniały, jednych królów zastępowali inni, bo umarli, zginęli lub wygrali swoje wojny i podboje – nie miało często (albo stale) znaczenia dla warunków i jakości życia tych mas mieszkańców.

Miasta trwały na swoim miejscu wskroś tych zmiennych okoliczności historycznych, rozwijając się lub upadając, pod władzą tego lub innego króla/ cesarza, w granicach jednego lub drugiego kraju, służąc swoim mieszkańcom i okolicznym wsiom, chroniąc ich w miarę możliwości i starając się zaspokajać ich potrzeby.

Dzieło Matyi podnosi wartość i znaczenie codzienności, dobrej codzienności jako treści egzystencji, na którą składają się wielokrotnie i systematycznie powtarzane czynności, sytuacje i działania na rzecz zaspokojenia zwykłych ludzkich potrzeb, dla reprodukowania życia, zwykle bardziej niż mniej bezpośrednio. Odniesieniem jest tu codzienność jak najszerszej masy ludzi, ogółu, wszystkich bez wyjątku. Książka pokazuje dążenia bardzo różnych podmiotów na rzecz zagwarantowania długiego trwania dobrej, na ile to możliwe, miejskiej codzienności. Tytułowy „miejski grunt” to kombinacja czynników technicznych, ekonomicznych, instytucjonalnych i społecznych, których progresywne zmiany w synergii przynosiły trwałą (w perspektywie długiego trwania) poprawę warunków życia coraz liczniejszych grup społecznych, nie tylko szczególnych, uprzywilejowanych mniejszości czy wybranych jednostek. Poczucie bezpieczeństwa, komfort życia zależy przede wszystkim od tego, co blisko, co w zasięgu ręki, co bezpośrednie i namacalne. Stąd ranga lokalności i dystans wobec narracji historycznych koncentrujących się na „wielkiej historii”, widzianej z punktu widzenia politycznego „centrum”.

Raczej niewykonalne jest zwięzłe opowiedzenie treści tak obszernego dzieła, tak bogatego w opisy faktów i informacje konkretne, bez pominięcia większości istotnego przekazu. Trzeba je przeczytać! Dalej próbuję ramowo zasygnalizować jak książka jest skonstruowana dodając pojedyncze przykłady wypełnienia tych ram. Chodzi też o zwrócenie uwagi na znaczenie opracowania Matyi dla naszego środowiska, ruchów miejskich, o czym dalej. Dla mnie jest to książka poniekąd filozoficzna, zgodnie z intencją autora pokazująca zupełnie inny niż dominujący sposób widzenia historii kraju wraz z szeroką, szczegółową argumentacją dlaczego tak. Wynika, to moim zdaniem, z postawy autora, jego wyborów aksjologicznych: tego co jest najważniejsze dla życia ludzkiego, dla wszystkich „bez wyjątku”.

herby miastO czym to jest?

Treść „Miejskiego gruntu” organizuje rama chronologiczna – opowieść wiedzie kolejno przez wyodrębnione z grubsza okresy historyczne. W każdym z nich autor prezentuje kluczowe obszary progresywnych zmian cywilizacyjnych poprzez opisy tego, jak one przebiegały w wybranych miastach, uwzględniając ich „sprawców”, promotorów, organizatorów, o ile są znani. Tych miast jest kilkadziesiąt i wcale nie dominują „metropolie”. Obok najważniejszych przemian cywilizacyjnych w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Wrocławiu czy Poznaniu (także Lwowie, Łodzi i in.), więcej uwagi poświęcono miastom mniejszym jak Nowy Sącz, Bielsko-Biała, Płock, Grodno, Przemyśl, Chełmża, Krosno, Świdnica, Cieszyn, Siedlce, Grudziądz, Elbląg, Włocławek, Chełmno, Zabrze, Gliwice, Łuck i in. Miasta średnie, takie jak Lublin, Szczecin, Bydgoszcz, Kielce, Radom itd. także nie zostały pominięte. Oczywiście obecna wielkość i „ranga” poszczególnych miast niekoniecznie pokrywa się z tym, jaka ona była w XVIII, XIX czy nawet XX wieku.

Na początek opowieści wybrany został 1772 rok – pierwszego rozbioru Polski, a zakończenie to teraźniejsze czasy „dobrej zmiany”. Obraz świata w II poł. XVIII w. jest zdecydowanie odmienny od obecnego, zwłaszcza świata miejskiego i sieci miast. Peryferyjność kraju jako całości względem Zachodu to jedno, ale powiązana z nią ówczesna sytuacja i stan miast to drugie. Od końca XVI w. polskie miasta podlegały degradacji i upadkowi w wyniku pro-agrarnej i anty-miejskiej polityki rządzącej kasty szlacheckiej. Na ziemiach polskich poziom urbanizacji z XVI w., został ponownie osiągnięty dopiero w wieku XIX! Rozwijające się intensywnie miasta Zachodu napędzały rozwój swoich krajów, o czym świadczy ich zaludnienie.

Londyn miał milion mieszkańców, Paryż 600 tys., Neapol 400 tys., Wiedeń i Petersburg ponad 200 tys., Moskwa 300-400 tys., Berlin 180 tys. Miast polskich było mało (sieć miejska powstała jeszcze w średniowieczu) i były one małe. Warszawa liczyła ok. 100 tys. mieszkańców, drugi był Gdańsk i Wrocław – ok. 50 tys. W Krakowie mieszkało ok. 20 tys. ludzi, w Poznaniu ok. 15 tys. A np. ówczesny Białystok jest szacowany na 1,8 do 3,5 tys. mieszkańców.

Miasta zamknięte w murach obronnych były małe, ciemne nocą ulice jesienią i wiosną wypełniały się błotem, a przez cały rok mieściły rynsztoki. Jakakolwiek infrastruktura techniczna była pieśnią przyszłości a jedyne publiczne instytucje miejskie to ratusze i kościoły (i synagogi czy cerkwie), przy których z rzadka funkcjonowały kolegia jezuickie (edukacja). Trudno wówczas mówić o „sieci miast”, w XVIII w. w Polsce politycznie większe znaczenie miała sieć dworów magnackich[3]. Podstawowa jednak bariera dla rozwoju sieci miejskiej miała charakter cywilizacyjny, wynikała z ułomności ówczesnej technologii komunikacyjnej – jak zauważono: Napoleon poruszał się równie powoli jak Juliusz Cezar. Miasta o sobie nawzajem wiedziały, natomiast bieżący przepływ ludzi, dóbr i informacji między nimi musiał być znikomy.

Działania modernizacyjne na ziemiach polskich odbywały się pod dyktando, a co najmniej pod kontrolą władzy zaborców, co oczywiście nie uchyla pożytków, jakie one przynosiły. Nowoczesność podniosła średnią długość życia ludzi w Europie w latach 1700-1800 o 10 lat, i o kolejne 10 do 1900 r. (do 43 lat), żeby niemal podwoić się w 2001 r. (do 77 lat). Był to na początku m.in. efekt „rewolucji sanitarnej” w miastach, obejmującej oprócz organizacji pozbywania się nieczystości, powstawanie łaźni, także form opieki medycznej. Tworzenie sieci miast wymagało, na początek, postępu w zakresie transportu i komunikacji, co oznaczało budowę bitych traktów komunikacyjnych (np. trakt brzeski, puławski, krakowski, kaliski i in.) dla regularnej komunikacji dyliżansowej i kanałów żeglownych dla efektywniejszego transportu towarów. Potem – organizację poczty i pre-kolei (konnej). W miastach pojawiały się nowe obiekty publiczne: stacja pocztowa, potem dworzec kolejowy (czołowy lub przelotowy) i telegraf. Początki linii kolejowych to II poł. XIX w. a ich budowa wymagała współpracy władzy państwowej (zaborczej), kapitału i lokalnych społeczności, rywalizujących o przebieg linii.

Obok pierwszych systemowych zmian w sferze materialnej, nowoczesność to także zmiany instytucjonalne. W pierwszej dekadzie XIX w. implementowany był na ziemiach polskich rewolucyjny Kodeks Napoleona, znoszący m.in. pańszczyznę i zaprowadzający porządki cywilne. Nie wszystkie jego zapisy się od razu utrzymały, ale proces progresywnych, antyfeudalnych zmian został zapoczątkowany.

Dotyczyły one także dominacji kościoła, a z czasem, wraz z rozwojem przemysłu i gospodarki kapitalistycznej, ochrony pracowników, jako że uwolnione z poddaństwa chłopstwo wkrótce zaczęło zasilać miejską przemysłową klasę robotniczą: „Nowoczesne społeczeństwo zaczęło się jednak nie od postawienia kwestii niepodległości, ale od podjęcia zagadnień praw pracowniczych: długości dnia pracy, ograniczeń wiekowych w zatrudnianiu dzieci, ubezpieczeń, urlopów macierzyńskich, opieki lekarskiej. Od uczłowieczania kapitalizmu”. (s. 159). Rozwój instytucjonalny potrzebował kwalifikowanych kadr, przy słabości polskiego mieszczaństwa powstawała inteligencja miejska o pochodzeniu głównie ziemiańskim.

W poszczególnych miastach w różnym rytmie i na różną skalę rozwijała się infrastruktura materialna, zarówno publiczna jak i związana z rozwojem kapitalistycznej gospodarki, przy czym nasycenie nią niekiedy następowało dopiero w XXI w. (kanalizacja, wodociągi..). Błotniste ulice były brukowane, zakładano na nich oświetlenie, organizowano komunikację publiczną, najpierw konne tramwaje. Wodociągi zastępowały studnie, miasta były kanalizowane, powstawała sieć gazowa a potem elektryczna. Zakładano instytucje kultury, poczynając od teatrów i bibliotek (w Poznaniu znana Biblioteka Raczyńskich), przybytki rozrywki, szpitale, z czasem sieć szkół, parki i skwery. Gospodarka potrzebowała banku państwowego, w Warszawie powstał Bank Polski (przy obecnym pl. Bankowym), a centrum powstającego przemysłu była Łódź (włókiennictwo) i Śląsk (górnictwo). Kataklizm obu wojen światowych Matyja relacjonuje rzeczowo pokazując jego destrukcyjny, ale jednocześnie złożony wpływ na „grunt miejski” – pozyskane tzw. Ziemie Zachodnie wnosiły pod tym względem wielki zasób cywilizacyjny, którego „skonsumowanie” nie było wyzwaniem prostym.

Bardzo rzeczowa jest też opowieść o wkładzie okresu PRL w rozwój cywilizacyjny kraju, zwłaszcza miast. Był to rozwój specyficzny, jednostronny, koślawy choć w niektórych wymiarach imponujący (np. likwidacja analfabetyzmu, „tysiąc szkół na tysiąclecie” albo do dziś niepobity rekord liczby oddanych rocznie 288 tys. mieszkań – ostrze krytyki ich dyskusyjnej często jakości neutralizuje obecnie masowa patodeweloperka…). To w czasach PRL, około połowy lat 60-tych w wyniku intensywnej choć wymuszonej urbanizacji Polska stała się krajem miejskim, z odsetkiem blisko 62% mieszkańców miast. Tzw. człowiek masowy pojawił się w PRL, choć w formie dalece niepełnej.

Kilka końcowych rozdziałów autor poświęcił transformacji po 1989 r. i jej oddziaływaniu na kondycję „gruntu miejskiego”. Jest tam mowa o (nie)ładzie przestrzennym, wejściu Polski do Unii Europejskiej, galeriach handlowych, polityce pro-metropolitalnej, wpływie organizacji Euro2012 na rozwój miast oraz kredycie mieszkaniowym i tym, jak on ustawia życie całej generacji.

Znaczenie książki

Jestem przekonany, że tylko refleksyjne działanie na niwie społecznej, a więc oparte na dążeniu do możliwie wnikliwego rozumienia społecznej materii, którą się zajmujemy, może być na dłuższą metę skuteczne. Zwłaszcza jeśli ma ono ambicje dokonania znaczącej zmiany istotnych fragmentów albo aspektów rzeczywistości, w przypadku ruchów miejskich – naszych miast. Nie sposób zrozumieć miasta (i miejskości) bez ogarniania jego (ich) źródeł i przeszłości, co więcej – takie rozpoznanie często niemal wprost wskazuje genezę problemów współczesnych polskich miast, bo one z przeszłości wyrastają, są w niej zakorzenione. Stąd znaczenie takich książek jak „Grunt miejski” czy „Wynajdywanie miejskości” dla ruchów miejskich, które już przecież weszły do najnowszej historii polskich miast. Może być głupiej albo mądrzej, co także oznacza – skuteczniej.

Książka Rafała Matyi „Miejski grunt” ma dla nas duże znaczenie: pogłębia historycznym materiałem faktograficznym uzasadnienie wyborów ideowych, aksjologicznych i filozoficznych jakie zostały dokonane przez ruchy miejskie od ich początków, bardzo wzmacnia na gruncie historycznym argumentację, która stoi za naszym Miastopoglądem zapisanym w Tezach Miejskich. Istnieje daleko idące powinowactwo pomiędzy Miastopoglądem a perspektywą z jakiej autor „Miejskiego gruntu” patrzy na miasto.

Nie uchylając rangi imponderabiliów także koncentrujemy się w naszej aktywności na „miejskim gruncie”, czyli materialnych oraz instytucjonalnych i społecznych warunkach dobrego, codziennego życia w mieście ogółu jego mieszkańców. Czym innym bowiem jest skupianie się na takich problemach miast jak potrzeby mieszkaniowe, komunikacja i transport, stan środowiska, ukształtowanie przestrzeni, usługi publiczne w tym edukacja, ochrona zdrowia i świadczenia opiekuńcze, infrastruktura miejska, styl i jakość zarządzania, uczestnictwo mieszkańców w samorządzie, itd.?

Rozpisując to powinowactwo w punktach:

Dobra codzienność, trwała i bezpieczna, jako najważniejszy wymiar życia i płaszczyzna definiowania celów działania, w opozycji do spalania się w ekstatycznych zrywach.
Budowanie krok po kroku lepszego życia w miastach jako wzór aktywności w opozycji do snów o zwycięskich walkach i wojnach z ich bohaterami i heroizmem.
Dobre miasta do życia dla wszystkich, egalitaryzm, miasta nie tylko dla biznesu, elit, władzy, kościoła, uprzywilejowanych mniejszości.
● Nastawienie na konkret i efekty (skutki) działań a nie tylko rozbuchane w sferze werbalno-symbolicznej z jej egzaltacją i histeriami jedynie słuszne, wzniosłe intencje.
Otwartość na ludzi, ich dokonania i kreatywność niezależnie do tego skąd przychodzą w opozycji do plemiennego ostracyzmu.
● Nobilitacja lokalności, idea dekoncentracji kraju versus centralizm.
Polityczność obywatelska i społeczna, otwarta i consensualna versus partykularna polityczność partyjna.
Progresywność bez fanatyzmu, "umiarkowany postęp w granicach prawa".
.......................................... 


Rafał Matyja,
MIEJSKI GRUNT. 250 LAT POLSKIEJ GRY z NOWOCZESNOŚCIĄ
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021
ISBN 978-83-66147-21-8
Stron 480, przypisy, indeks nazw geograficznych, wybrana literatura
https://www.karakter.pl/ksiazki/miejski-grunt

RAFAŁ MATYJA
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, pracownik Katedry Polityk Publicznych. Absolwent Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego (1992), doktor nauk politycznych ISP PAN (2000), habilitacja na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ (2014). W latach 2002-2010 prodziekan, a następnie dziekan Wydziału Studiów Politycznych WSB-NLU w Nowym Sączu. Od 2014 do 2019 profesor Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Publicysta, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i „Nowej Konfederacji”.

 

[1] Na przykład: „Uważam, że historia Polski jest znacznie ciekawsza niż jej obraz zamknięty w kategoriach bohaterstwa lub zacofania, niezłomności czy peryferyjności. Ciekawszy jest opis gry, którą z nowoczesnością toczyli nasi poprzednicy. Ich doświadczenia były ważniejsze i bardziej interesujące, niż wskazują na to patriotyczno-tradycjonalistyczny kanon czy utyskiwania modernizatorów. A historia widziana przez pryzmat kilkudziesięciu węzłów sieci miejskiej jest istotniejsza niż sprowadzona tylko do tego, co działo się w Warszawie i – od czasu do czasu – w Krakowie.” (s. 9)

[2] I dalej: „Niektóre historyczne narracje starają się ten gest sprzeciwu czy obrzydzenia osłabić, ukazując nam historię bez opisujących codzienność uwarunkowań społecznych, ekonomicznych czy instytucjonalnych – bez gruntu pod nogami. Dzięki nim możemy się czuć spadkobiercami Radziwiłłów, Potockich, Sobieskich i Poniatowskich, spychając na margines wiedzę, że zawsze są jakieś „doły”, które nie biorą udziału w tej prawdziwej wielkiej historii. „Doły”, których warunki życia, aspiracje czy prawa są marginesem tego, co najważniejsze.
Tymczasem prawda jest inna: jesteśmy – w wielkiej części – spadkobiercami tych „dołów”, tych początkowo tylko niemych uczestników wielkiego procesu modernizacji , jaki był treścią ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat. Jesteśmy spadkobiercami tych, którzy uzyskiwali wolność od poddaństwa i pańszczyzny, przeżywali moment, kiedy mogli pierwszy raz posłać dzieci do szkoły i zamieszkać po ludzku, pracować w ograniczonym ustawowo czasie pracy. Nie jesteśmy uczestnikami balu kostiumowego, w którym ciągle pierwsze skrzypce grają postaci z konfederacji targowickiej i Sejmu Wielkiego, powstańcy i zdrajcy, konspiratorzy i twórcy narodowo-religijnych nabożeństw.” (s. 12)

[3]Nawet dalej:  „Wiele miast będzie przez cały XIX w. swoistymi, ziemiańsko-mieszczańskimi kondominiami. Niektóre, jak Poznań i Kraków, długo utrzymają przewagę czynnika ziemiańskiego.” (s.17)

Adres korespondencyjny:
66-400 Gorzów Wielkopolski, ul. Ukośna 13/4  
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Konto bankowe: 76 1600 1462 1887 8924 3000 0001
NIP: 779 246 16 30


Copyright © 2020 KRM | Strony internetowe Trojka Design