Lech Mergler

Aktywista miejski z Poznania, z zawodu inżynier, potem wydawca i publicysta. Współtwórca stowarzyszeń My-Poznaniacy i Prawo do Miasta. Współorganizator Kongresu Ruchów Miejskich w 2011 r. w Poznaniu, prezes zarządu KRM 2016-2019. 

MIASTO JAKO CEL ATAKU

15 październik 2022

Dla agresji militarnej miasto to podstawowy cel cząstkowy ataku wojsk. Wojna w Ukrainie pokazuje naocznie, albo przypomina, że zdobycie miast jest wskaźnikiem kolejnych etapów sukcesu wojennego, miarą zwyciężania. Reszta podbijanego terytorium to obszar POMIĘDZY miastami do opanowania. Polska jest krajem przyfrontowym, póki co, więc nasze miasta to miasta przyfrontowe.

 Czy mamy powszechną świadomość, że po 24 lutego znaleźliśmy się w jakościowo innym świecie niż ten wcześniejszy, sprzed dnia zbójeckiej napaści Rosji na Ukrainę? Nasza codzienność jest wciąż z grubsza taka sama, tylko ceny trochę wyższe, zmieniły się treści informacji/ propagandy i przybyło nam mieszkańców. Ale czy nasze wyobrażenia o świecie też już się zmieniły? Także te dotyczące sytuacji miast z perspektywą militarnego (acz nie tylko) ich zagrożenia? Czy zaczęliśmy już myśleć/ wyobrażać sobie/ pojmować nasze miasta także jako potencjalne cele militarne? Czy nie jest już na to właściwy czas? Za wcześnie, za późno?

Osobiście tego, że po sąsiedzku trwa wojna, doświadczam codziennie, organoleptycznie, bo głównie przez uszy, choć z Poznania do frontu wojny jest zapewne ponad 1500 kilometrów. Ktoś kiedyś kretyńsko zdecydował, by największy zasób bojowy polskiego wojska, czyli 32 samoloty F16 („jaszczompki” po ok. 85 mln USD za sztukę), miał swoją bazę w granicach naszego miasta, w centrum milionowej aglomeracji, 5 km od naszego domu. Od najazdu Rosji na Ukrainę intensywność lotów wokół bazy znacznie wzrosła. Kiedyś potworny huk startujących na dopalaczach samolotów bywał od czasu do czasu, teraz jest codziennie, wielokrotnie. O ile wiadomo, jaszczompki patrolują kraje przybałtyckie a ostatnio strzegą też Słowacji. Czyli wojna doświadczana jest tu od zaplecza..

Świat, wojna i my

Mieliśmy już zapomnieć o historycznych wyzwaniach żeby spokojnie zajmować się produkcją i konsumpcją – a tu nagle (???)…. wojna przy granicy. Qui penis aqva turbant? Po zakończeniu zimnej wojny świat miał już być trwale poukładany, a ludzkość miała posiąść kontrolę nad nim i nad swoim coraz lepszym losem. Wyrażała to idea „końca historii” Francisa Fukuyamy, powszechnie uznana w zachodniej praktyce politycznej.

Oto osiągnęliśmy szczyt rozwoju i nic doniosłego, jakościowo nowego i lepszego, nie może się już wydarzyć – tylko trwały rozwój w ramach demokracji liberalnej i kapitalizmu na zachodnią modłę. Oraz na zachodnich warunkach. Nasza, poradziecka część świata, była największym beneficjentem przełomu 1989/90: odzyskaliśmy wolność a zza płota (obalonego…) wyglądała zachodnia konsumpcja i dobrobyt. Szczęściarze.

Ale lepiej już było, ta układanka właśnie definitywnie się rozsypuje. Rozpada się ILUZJA końca historii jako bramy do powszechnego dobrostanu, którego byliśmy/jesteśmy tak głodni. Historia nie zakończyła się 32 lata temu, wciąż się działa mniej lub bardziej dramatycznie, ale poza uwagą opinii publicznej Zachodu i naszą. Zwłaszcza nam, tutaj, „po przejściach” historycznych, potrzebne było przekonanie, że teraz już będzie „inaczej”, zagrożenia wojenne i inne nas nie dotyczą, bo dzielimy lepszą kondycję z „lepszym” światem. Bliska wojna w b. Jugosławii to nie była nasza sprawa, a tym bardziej dalsze konflikty lokalne. Terroryzm nas ominął, a na wojnie z Irakiem chcieliśmy jeszcze zarobić. Afganistan, Syria, Rwanda, Birma, Jemen to daleko, to jacyś ludzie, którzy lubią się zabijać – nie nasz biznes. Najazd Rosji na Donbas i Krym (2014) też nikogo nie poruszył. Dopiero obecna napaść na Ukrainę przyniosła brutalną pobudkę „cywilizowanemu światu”, nam tym bardziej.

Jasne, że zachodni dobrobyt był dostępny mniejszości, w części kosztem pozostałej większości.

Świat systematycznie odchodzi od równości i sprawiedliwości – coraz mniejsza grupa włada coraz większą częścią bogactwa i zasobów ludzkości. Fundamentalizmy religijne, nacjonalizmy i szowinizmy wyrastają na żyznej glebie masowych niezaspokojonych potrzeb i aspiracji.

Zachodni, kupiecki racjonalizm nie ogarnia także wielkoruskiego imperializmu, wymykającego się rzeczowym kalkulacjom, tak różne to wartości i perspektywy. Tego typu irracjonalne doktryny i postawy upowszechniają się w świecie, zwiększając napięcia i poczucie zagrożenia, w tym związane katastrofą klimatyczną. Okazuje się, że współpraca, handel, wymiana kulturalna i naukowa, sport, przepływ ludzi nie wystarczyły do ucywilizowania relacji międzyspołecznych. Zachód nie wyrzekł się przemocy w tych relacjach, choć „oficjalnie” ją minimalizował. Obecnie następuje odwrót od takiej powściągliwej postawy: rosyjska agresja przypomina, że przemoc i militarna agresja jest od zawsze jedną z metod „rozwiązywania” problemów w relacjach międzyspołecznych, nawet wbrew logice.

Wojna w Ukrainie oraz wzrost zbrojeń i napięć globalnych, mają – ze względów geopolitycznych – szczególne znaczenie dla naszego regionu i kraju. Następuje nowa epoka, przypominająca, że niestety wojna stanowi trwałą część ludzkiego świata, a nam przypadło w udziale miejsce na środku sceny. Czas jakby cofnął się do czasów, których większość już nie pamięta – zimnej wojny, wyścigu zbrojeń i straszaka atomowego. Nic nie wskazuje, żeby była to sytuacja przejściowa – przeciwnie, zbyt wiele już się wydarzyło i zbyt wiele wydano kasy, zbyt wiele procesów destrukcji i reakcji na nią zaistniało, żeby cofnięcie/odwrócenie czy zatrzymanie biegu zdarzeń było prosto możliwe. Nienajgorszy scenariusz choć też destrukcyjny, to konflikt przewlekły zamiast globalnej konfrontacji, wieloletni „stan zapalny” jak na Bliskim Wschodzie.

Nie będąc agresorami i nie popierając agresji militarnej musimy żeby przetrwać, niestety zaakceptować przemoc jako sposób reakcji na atak, obronę siłą przeciw sile. To są granice naszego pacyfizmu i gołębiego serca, wizji człowieka jako istoty niewinnej.

Nastały czasy niepewności, niepokoju, fundamentalnego lęku o przyszłość. Względnie beztroskie zajmowanie się pozyskiwaniem lub wzrostem komfortu i przyjemnościami konsumpcji raczej przechodzi do przeszłości. Baumannowska płynna nowoczesność jawi się nam tutaj jako świat lęku przed wojną i innymi kataklizmami, gdzie niepewna przyszłość jest nieprzeniknioną niewiadomą[1].

Wojna i miasto

W tym miejscu, niejako dla kontrapunktu całkiem dla mnie świeżego przekonania, iż stosowania przemocy nie jesteśmy już w stanie uniknąć – podzielę się marzeniem o Polsce wybitnego poety i publicysty Antoniego Słonimskiego. Moje marzenie jest podobne: żeby Polska mogła być słaba, żeby świat był taki iżby to było możliwe.. Czas powstania wiersza: sam środek okupacyjnej nocy.

Mówią o Polsce silnej. Już dziś liczą sztaby,
Jak ją ziemią okopać, oprzeć na bagnecie.
Lecz ja, wybaczcie, bracia, pragnę Polski słabej,
Ja pragnę Polski słabej, lecz na takim świecie,
Gdzie słabość nie jest winą, gdzie już nie ma warty,
Ryglów u bram i nocą dom bywa otwarty,
Gdzie dłoń nieutrudzona okrutnym żelazem
I gdzie granica wita tylko drogowskazem.

Antoni Słonimski, 1942

Trochę wydawało nam się, że takie i podobne marzenia się realizują, choćby dlatego że już granica (…) tylko drogowskazem. Ale to już przeszłość niestety, po 24 lutego br..

Żyjemy w państwie przyfrontowym więc nasze miasta to są miasta przyfrontowe. Od czasów najdawniejszych miasta, miejsca spotkania i wymiany, obok funkcji handlowych i produkcyjnych, administracyjnych, edukacyjnych i kulturalnych stanowiły miejsce schronienia. Biblijne Jerycho (9 tys. lat najstarsze miasto świata), było otoczone murami obronnymi; podobnie mityczna Troja, której mury zburzono blisko 3,5 tys. lat temu. Średniowieczne miejskie mury obronne są nam znane jako pozostałość kultury materialnej. Miasta kiedyś, jako autonomiczne organizacje o politycznej podmiotowości, w dużym stopniu broniły się samodzielnie, miewały też swoje wojska, wchodziły w sojusze i związki. Mury obronne traciły militarne znaczenie do XIX w. w wyniku rozwoju techniki wojskowej, a miasta podmiotowość polityczną traciły wraz z rozwojem zcentralizowanych państw narodowych, monopolizujących przemoc. Wojsko stało się atrybutem władzy państwa i to ono miało gwarantować bezpieczeństwo krajowi i jego mieszkańcom, w tym teoretycznie miastom.

Bezpośrednie bezpieczeństwo miast i ich mieszkańców, ich interesy są traktowane instrumentalnie przez państwo narodowe, kierujące się innymi priorytetami, co pokazują dzieje wojen. Jedne miasta były oddawane przeciwnikowi niemal bez walki i zniszczeń (co nie zawsze mieszkańców broniło przed eksterminacją…), o inne (np. tzw. miasta-twierdze) toczyły się zacięte walki tak, że zostawała kamienna pustynia pełna trupów. Wyjątkowym świadectwem cywilnego doświadczenia martyrologii miasta wystawionego na zniszczenie i rzeź jest Mirona Białoszewskiego „Pamiętnik z powstania warszawskiego”, deheroizujący narrację o powstańczej Warszawie. Ale oto jeszcze inny wiersz:

Ci, co wydali pierwszy rozkaz do walki
niech policzą teraz nasze trupy.
Niech pójdą przez ulice
których nie ma
przez miasto
którego nie ma
niech liczą przez tygodnie przez miesiące
niech liczą aż do śmierci
nasze trupy.

Anna Świrszczyńska z tomu „Budowałam barykadę” (1974)

Pomijając już powszechną obojętność każdego wojska na los cywilów, obecnie nie ma w polu widzenia publicznych narracji oraz działań władzy kwestii militarnego zagrożenia bezpieczeństwa i życia mieszkańców dużych skupisk, miast. Jakieś nieśmiałe ruchy – zlecony przegląd resztek schronów, broszura „Bądź gotowy!” RCB – to chyba wszystko. Gołym okiem widać, że wszyscy razem jesteśmy mocno bezradni wobec potencjalnej sytuacji militarnego zagrożenia dla ludności – intelektualnie (nie rozumiemy, nie ogarniamy, nie mamy koncepcji..) i praktycznie (nie wiemy co robić), jak pijane dzieci we mgle. Dotyczy to władzy centralnej, lokalnej, społeczności obywatelskich i organizacji społecznych oraz mediów. Pojawiają się pomysły nieco obok problemu, niczego nie rozwiązujące: np. odgórnego upowszechniania umiejętności strzeleckich wśród uczniów (ludność już sama się aktywizuje w tym kierunku). Ostatnio –wywoływanie atomowej paniki komunikatami o dystrybucji preparatów jodu. O kursach robienia koktajlów Mołotowa jeszcze nie słyszałem..
Ja także czuję się dość bezradny, dlatego uważam, że zwrócenie uwagi na problem, odkrycie go w debacie publicznej jest konieczne dla rozpoczęcia poszukiwania pozytywnych rozwiązań. Co trzeba zrobić by realizować prawo do miasta w warunkach militarnego zagrożenia? Co ono oznacza?

Miasta to węzły na których rozpięta jest sieć naszej przemysłowej cywilizacji, dlatego są one tak cennym łupem wojennym. Z faktu, że dziś za bardzo nie wiemy JAK wziąć się za bezpieczeństwo ludzi w nich żyjących nie wynika, że nie wiemy nic. Czarny żart z czasów zimnej wojny o tym, co należy zrobić w razie ataku jądrowego – należy zawinąć się w białe prześcieradło i czołganiem przez pełzanie przemieszczać się w stronę najbliższego cmentarza – nie jest już trafny, inna epoka. Tu na początek chodzi o przegląd, remanent różnych aspektów funkcjonowania miasta widzianego jako potencjalny cel ataku. Strzelnice, kursy strzeleckie albo koktajle Mołotowa to nie priorytet, ale niewykluczone że mogą się jakoś przydać. Wzory podsuwają miasta ukraińskie, samodzielnie i oddolnie organizujące się dla zapewnienia obrony i ochrony swoich mieszkańców, m.in. przez oddziały samoobrony i obrony cywilnej, w tym organizacji pomieszczeń na schrony. Zapewne możnaby także inspirować się wzorami z krajów demokratycznych, gdzie kwestie militarne mają wysoki priorytet – jak Szwajcaria, Izrael czy Finlandia. Jest dość oczywiste, że podstawą dla oddolnych rozwiązań jest miejska spójność społeczna, w tym wysokie zaufanie, wysoka inkluzyjność i lokalna więź. Z drugiej strony – „urbanistyka stosowana”: lokalizowanie w miastach baz i jednostek wojskowych, lotnisk, zakładów i warsztatów zbrojeniowych, węzłów infrastruktury wojskowej to jest wystawianie ich na atak!

POST SCRIPTUM – militaryści a ruchy miejskie

Twój stosunek do broni zależy od tego, czy znajdujesz się od strony jej lufy czy kolby. Tłumacząc: czy w wyobraźni swojej sytuujesz się zwykle po stronie dysponenta/ użytkownika broni, tego, który strzela – czy też przeciwnie: domyślnie widzisz siebie po stronie tego, do którego się strzela, czyli ofiary? Wyobrażasz sobie siebie jako dysponenta przemocy i z takimi trzymasz, czy też trzymasz z ofiarami, bo masz świadomość, że najpewniej możesz być jedną z nich? I dalej: czy widzisz wojnę jako podniecającą przygodę na której można wykazać się męstwem i odwagą, czy przeciwnie – jako koszmar niosący ogółowi śmierć, cierpienie, upodlenie, głód, chłód i nędzę? Żaden „Czas honoru…”.

Musimy zrewidować światopogląd, dla którego urządzanie świata jest możliwe tylko po dobroci, bez przymusu i przemocy – dopóki są na świecie ci drudzy, państwa lub organizacje zbójeckie, stosujące przemoc bez zahamowań, przed którymi musimy się obronić.

Jako ruchy miejskie zajmujemy się jakością życia, zrównoważonym rozwojem miast, demokratyczną partycypacją społeczną, transportem, smogiem, zielenią, środowiskiem, wykluczeniem i deficytami społecznymi itd. Nie było w tym miejsca na kwestie zagrożenia militarnego i obrony przed nim. I to się nagle zmienia.

I dla zachowania wartości naszego eko-humanistycznego, demokratycznego Miastopoglądu, zbudowanego na uznaniu praw człowieka i wolności obywatelskich, musimy uznać także użycie przemocy w ich obronie. Mimo że widzimy siebie jako tych, korzy stoją od strony lufy..

Dla nas przemoc jest złem z zasady, choć niekiedy koniecznym. To dyskomfort i niebezpieczeństwo, bo przemoc nie jest niewinna. Dopuszczona w jednym miejscu i czasie, przez kogoś i wobec kogoś w określonej sprawie i sytuacji żywiołowo rozlewa się na inne sfery życia, miejsca, zatruwa serca i umysły, także jej oponentów. Stąd w praworządnej demokracji tak wielki nacisk na reglamentację przemocy i kontrolę jej stosowania – zwłaszcza przed tymi, którzy zawsze stoją od strony kolby, bo dla nich przemoc jako taka jest atrakcyjna – daje bowiem władzę nad ludźmi. Takie emocje, taki pogląd sprzyja, by przemoc uznać za „cnotę” równoprawnie organizującą życie społeczne i pozwalającą manipulować potężną emocją czyli lękiem: rozbrajać go lub wywoływać, gdy to pasuje.

Jest dość oczywiste, że autokraci, zamordyści, religijni fundamentaliści, nacjonaliści, naziole, szowiniści, rasiści, itp. są z przemocą blisko. Pożądają władzy nad ludźmi według własnej „antropologii”[2], a bez przemocy nie mogliby tego osiągnąć. Zagrożenie militarne temu sprzyja, bo to sytuacja kiedy ograniczane są prawa człowieka i wolności, prawo jest zaostrzane, władza zapobiera nadzwyczajne uprawnienia, demokracja jest zawieszana. Wszystkie te militarno-patriotyczne ekscesy i frazesy (etos rycersko-żołnierki, martyrologia i bohaterstwo, sztandary, defilady i trąby..) służą autorytarnej władzy[3]. Tradycja historyczna miasta, zwłaszcza europejskiego, jako otwartego, tolerancyjnego miejsca spotkania i wymiany to zaprzeczenie takich skłonności i dążeń. Nie przypadkiem największe miasta w różnych krajach świata, gdzie rozpycha się autorytarna polityka (Turcja, Polska, Węgry, USA Trumpa, Rosja, Białoruś i in.) sprzeciwiają się jej np. w wyborach.

Konkludując – militaryzm jako postawa/doktryna zmierzająca do ułożenia i podporządkowania całokształtu życia społecznego autorytarnym wzorom bliskim wojskowym, czyli opartym na strachu, przemocy i zniewoleniu bliski jest zamordystom i fanatykom, rasistom i nacjonalistom. W obecnej quasi wojennej sytuacji jest trudno zaprzeczyć potrzebie zajęcia się kwestią zagrożeń dla życia i bezpieczeństwa, zwłaszcza mieszkańców miast.

Jeśli ruchy i inicjatywy demokratyczne, wolnościowe, przywiązane do praw człowieka i wolności obywatelskich odpuszczą sobie uczestnictwo w tym wyzwaniu (np. z powodów estetyczno-ideologicznych), to problem ten będzie rozwiązywany w duchu autorytarnego militaryzmu rękami jego zwolenników i sympatyków.

Pierwszy przejaw to przygotowana przez obecne władze (31 sierpień 2022) ustawa „O ochronie ludności oraz o stanie klęski żywiołowej”, która centralizuje kwestie radzenia sobie z zagrożeniami i kryzysami, ogranicza prawa obywatelskie itd., czyli idzie dokładnie w kierunku, przed którym tutaj się ostrzega..

 

[1] Patrz prepersi przygotowujący się na totalny kataklizm mają chyba trochę zryte berety, ale praktyczną wiedzę i umiejętności przydatne w sytuacji ewentualnej katastrofy.

[2] Macie się bać… Atrakcyjna jest wizja męskości zbójeckiej, która ma wzbudzać lęk, patrz image kadyrowców. Alternatywa to męskość opiekuńcza/obrończa, mająca wzbudzać zaufanie, bo uratuje, obroni, ochroni. Męskość nie rozmamłana, ale też nie macho, cnoty tradycyjnie męskie jako cnoty obrońcy, opiekuna słabszych, ofiarnego wojownika, ale nie napastnika. Tak jest np. interpretowany prezydent Ukrainy, Wołodymyr Zełeński, jawnie wspierający środowiska LGBTQ+.

[3] Kara śmierci, kary cielesne, tortury, dyscyplina quasi-wojskowa w edukacji, uproszczone postępowania sądowe, prawo do broni, powszechna służba wojskowa + inne militaryzacje

Adres korespondencyjny:
66-400 Gorzów Wielkopolski, ul. Ukośna 13/4  
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Konto bankowe: 76 1600 1462 1887 8924 3000 0001
NIP: 779 246 16 30