Skąd się wziął pomysł referendum odwoławczego dwa lata po wyborach miejskich?
(Warto dodać, że w tym samym czasie odbywa się referendum odwoławcze w Ciechocinku.)
Komentatorzy skoncentrowani na partyjnej walce krajowej przypisują intrygę referendalną środowiskom politycznym będącym w opozycji do Koalicji Obywatelskiej, czyli PiS i Konfederacji. W obiegu chodzi koncepcja, że PiS zamierza przejmować władzę w największych miastach, a Kraków ma tę „marsz” zapoczątkować. Konfederacja z kolei chce skorzystać z okazji do ideowej konfrontacji z progresywnymi politykami miejskimi by udowodnić, że nie mają one sensu ani społecznego poparcia. Środowiska związane z KO, niejako w odpowiedzi, podważają sens i wartość referendum wskazując, że ta instytucja jest zinstrumentalizowanym narzędziem w rękach partyjnych przeciwników służącym sianiu zamętu i podważaniu wyników wyborów lokalnych.
Powyższe postawy, jak widać, kompletnie nie mają w polu widzenia mieszkańców, choć to oni zdecydują. Ruchy miejskie od zawsze popierały ideę referendum lokalnego jako jedynego (poza wyborami raz na kilka lat) narzędzia bezpośredniego stanowienia przez mieszkańców o miejskich sprawach, w ostateczności przez odwołanie władz.
Domagaliśmy się i popieraliśmy próby zmian przepisów mających na celu odbetonowanie instytucji referendum przez obniżenie (lub likwidację) progów ważności, ułatwienia w zbieraniu podpisów poparcia przez internet itd. W szczególności wskazywaliśmy, że notoryczna nieważność przeprowadzanych referendów lokalnych jest lekcją demobilizacji aktywności obywatelskiej, którą grają „włodarze” zagrożeni odwołaniem[1]. Miszalski w Krakowie wraz z KO też nawołują: Krakowianie, nie idźcie na referendum, zostańcie w domu!...
Słabe są tłumaczenia, iż referendum w Krakowie dochodzi do skutku w wyniku partyjno-politycznej intrygi prawicy plus lewicy nazywanej skrajną (partia Razem, czyli osobno). Z przywołanego zasadniczego powodu: bo nie ma w nich mieszkańców, Krakowiaków. Nie ma ich potrzeb, emocji, frustracji, dążeń i problemów. A najprawdopodobniej to niektóre grupy i środowiska mieszkańców Krakowa stoją za tą inicjatywą jako jej inicjatorzy, pomysłodawcy, propagatorzy, organizatorzy itd. Dość interesujące i z poszerzonym kontekstem, choć mało spójne przedstawienie kwestii przyniosła GAZETA WYBORCZA z 16.04 br. w obszernym artykule Arkadiusza Gruszczyńskiego pt. „Strefy czystego paternalizmu”.
W wielkim skrócie: paliwem i zaczynem konfliktów w Krakowie prowadzących do pomysłu odwołania prezydenta i rady miasta ma być tytułowy paternalizm elit miejskiej władzy próbującej wprowadzać w życie tzw. progresywne polityki miejskie, ze słynną i kontrowersyjną (?) Strefą Czystego Transportu (SCT) na czele. Miało/ ma się to odbywać kosztem ludu prostego, wbrew jego potrzebom i interesom oraz przy jego sprzeciwie.
Oto liberalno-lewicowe elity władzy i autorytetu „oświecone” dzięki postępowym lekturom i wizytom w zachodnich, „nowoczesnych” miastach, za namową miejskich aktywistów próbują kopiować zachodnie rozwiązania wbrew faktycznym potrzebom mieszkańców miasta. Oni wiedzą lepiej co jest dla mieszkańców dobre!
Autor przyznaje co prawda, że zielone miasto zrównoważonego rozwoju, z czystym powietrzem, w którym ruch samochodowy nie dominuje bezwzględnie na ulicach i gdzie wszędzie jest blisko (idea tzw. miasta 15 minutowego) itd. jest bardziej przyjazne dla mieszkańców, zdrowsze, wygodniejsze, bezpieczniejsze itd.[2] Ale…
Ale, ale…
Przywoływany materiał z GazWyba obok stwierdzeń trafnych przynosi też nieprawdy i półprawdy oraz częściowe pomieszanie pojęć. Przedstawiony jakby całościowy obraz przedreferendalnej sytuacji w Krakowie choć szeroki jest dość mętny. Czy jednak może być ostrzejszy?
Od co najmniej kilku lat jako ruchy miejskie stykaliśmy się z „opozycją”, czyli antyprogresywnymi, „wstecznymi” inicjatywami miejskimi, tzw. backlashem. Szeroką wiedzą na ich temat dysponuje socjolog, prof. Paweł Kubicki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, badacz miejskich zjawisk społecznych w Polsce i fenomenu współczesnej polskiej miejskości[3]. Fakt, iż to właśnie w Krakowie backlash tak bardzo urósł, że był w stanie doprowadzić do referendum odwoławczego nie wydaje się go dziwić, jako że proces rozwoju wstecznych ruchów społecznych (UBMs – URBAN BACKLASH MOVEMENTS) rejestruje i diagnozuje od lat.
Zapytany, kto „stoi” za inicjatywą referendum w Krakowie, obecnie dysponującego poparciem „patchworkowym”, Paweł Kubicki wskazuje właśnie na niejednorodne środowiska ruchów backlashowych. Proces, którego efektem jest referendum ma prapoczątki lata temu, kiedy Kraków jako jedno z pierwszych miast w Polsce przystąpił do modernizacji systemu transportowego. Równolegle z zaprowadzeniem w 2016 r. priorytetu dla tramwajów na ul. Kalwaryjskiej, niegdyś jednej z głównych ulicy handlowej Krakowa, zaczęły upadać firmy. Wpływ na to miało przede wszystkim powstawanie galerii handlowych, bezkonkurencyjnych pod wieloma względami wobec małego handlu.
Utożsamienie przez zorganizowane środowiska drobnych przedsiębiorców problemów w biznesie ze zmianami w transporcie i uprzywilejowaniem komunikacji publicznej „rozlało” się na całe miasto. Próba zaprowadzenia na Kazimierzu w 2019 r. prototypowej strefy czystego transportu wywołało tak zdecydowane protesty, że miasto się z niej wycofało. To wówczas ruchy backlashowe zaczęły łączyć progresywne zmiany transportowe z procesem „turystyfikacji” Krakowa.
Oznacza on podporządkowywanie życia miejskiego potrzebom ruchu turystycznego, czego Kazimierz był wówczas niechlubnym symbolem. „Antysamochodowe” priorytety dla pieszych, rowerów, tramwajów także przysługiwały się turystyfikacji. Jednocześnie pandemia przenosząca istotną część życia społecznego do Internetu, przyczyniła się do erupcji teorii spiskowych oraz poglądów skrajnych. Późniejsza SCT, obroniona przed sądem administracyjnym, mało dolegliwa dla Krakowian (po ograniczeniu pierwotnych rygorów) sprzyjała skonsolidowaniu ruchów pro-samochodowych, które zaktywizowały się zresztą w całej Polsce.
Paweł Kubicki wskazując na ten pierwotny zaczyn mający podłoże w konfliktujących narracjach wokół kwestii transportowych[4], prowadzi do opinii, że z jednej strony na nim zaczęły mościć się inne grupy i środowiska protestu, na których teraz skupia się uwaga komentatorów, w tym ekipy partyjne. Z drugiej strony mamy w Krakowie szczególną sytuację polegającą na tym, że władzę utraciła ekipa, która rządziła miastem nieprzerwanie przez 22 lata. Jej wymiana nie może przebiegać bezboleśnie i od ręki. Zwłaszcza, że po trzecie, ekipa zwycięska wygrała wybory z bardzo niewielką przewagą (ok. 5 tys. głosów), co oznacza stosunkowo słaby mandat demokratyczny i powoduje napięcia i chęć „dogrywki” u tych, którzy przegrali (Łukasz Gibała & Co).
Prym w akcji referendalnej empirycznie wiedzie środowisko przedstawicieli inteligenckiej klasy średniej w średnim wieku, z dominacją mężczyzn. SCT jest tu tylko użytecznym pretekstem. Jednocześnie szeroki klimat w Krakowie mocno sprzyja społecznej frustracji, postawom negacji. Paweł Kubicki podaje, że jest to obecnie najdroższe w stosunku do zarobków miasto w Polsce, do czego wybitnie przyczynia się turystyfikacja podnosząca ceny mieszkań, towarów i usług pod możliwości gości. Drożyzna jest zwłaszcza dokuczliwa dla młodszej generacji, na dorobku, klas niższych i ludzi biedniejszych. Młodsi jak wiadomo są podstawowym elektoratem Konfederacji…. Są oni wykluczani z życia miejskiego, centrum miasta nie jest dla nich nie tylko ze względu na ceny w gastronomii. Zostali wypchnięci na peryferie albo w ogóle poza miasto, na osiedla podmiejskie bez infrastruktury, usług i komunikacji, bo tam są dostępne dla nich cenowo lokale, często patodeweloperka. Trudno żeby w takich okolicznościach jakakolwiek władza cieszyła się szczególną i powszechną atencją.
Progresywny paternalizm?
Taki zakamuflowany zarzut wobec ruchów miejskich, można wyczytać z przywołanego artykułu w „Gazecie Wyborczej”. Trudno będąc od lat w środku „ruchomiejskiej” aktywności nie widzieć tu żadnego problemu, choć nie do końca wiadomo, jaki to problem. Widać już, że ruchy miejskie w swojej przeszłej postaci nie działają dziś tak samo. W niektórych miastach są one znaczące (np. w Warszawie, Rzeszowie, Bydgoszczy i in.), w innych zamarły formalne struktury, ale aktywizują się nieformalne społeczności (np. w Poznaniu). Jednocześnie ruchy wsteczne, backlashowe urosły w siłę i poparcie, co ma czynić progresywną narrację miejską dwuznaczną, nawet podejrzaną. Takie jest przesłanie artykułu w GW sugerującego paternalizm i lekceważenie realnych potrzeb mieszkańców, czy rozmijanie się z nimi[5].
Paweł Kubicki lata temu diagnozował, iż progresywna narracja ruchów miejskich przeszła do mainstreamu i została przejęta przez elity władzy, neoliberalne i raczej konserwatywne. Jednak za wzięciem na sztandary idei zielonego miasta zrównoważonego rozwoju, demokratycznie zarządzanego z mieszkańcami – w małym stopniu poszły czyny. Faktyczna polityka miejska pozostała w dużym stopniu sprzeczna z tą ideą. Pod dyktando interesów deweloperów nadal generowała chaos przestrzenny, często kosztem terenów zieleni, suburbanizację i urban sprawl bez zapewniania zrównoważonego transportu dla dojazdów.
Dla dobrego wrażenia władza tu i tam zakładała park, prowadziła drogę rowerową czy bus pas, skleciła nową linię tramwajową czy zwęziła ulicę pod chodnik. Co nie zmieniało bilansu sytuacji – całym grupom społecznym mieszka się coraz gorzej i coraz drożej, więc wynoszą się na peryferie i za miasto, na życie w mieście ich nie stać. Dramatyczna jest skala niezaspokojonych potrzeb mieszkaniowych (housing), ale tanich, komunalnych mieszkań na wynajem powstaje ułamek w stosunku do potrzeb. Plus ogromne problemy z docieraniem do centrów miast, które stanowią cel większości podróży w obszarze miejskim. Taka sytuacja narracyjnie obciążą konto ruchów miejskich i progresywnej wizji miasta, bo stała się ona etykietą, przykrywką dla przeciwstawnej polityki.
Uczciwy rachunek sumienia ruchów miejskich wymaga zmierzenia się z pytaniem, czy i na ile te zaniedbane potrzeby i problemy społeczne faktycznie znajdowały się w polu naszego widzenia, naszej wrażliwości, miały odzwierciedlenie w naszej aktywności?
Czy to tylko jednostronne polityki miejskie władzy, realizowane pod maskującym, progresywnym szyldem odpowiadają za ich zlekceważenie? Czy nie było tak, że mając ograniczone możliwości wpływania na władze przyjmowaliśmy nieco pięknoduchowską perspektywę koncentrując się na tym co bliskie i dostępne: estetyce miasta, zieleni, potrzebach pieszych i rowerzystów, czystości powietrza, żeby miasto było „fajne” itp.? I w rezultacie przegapiliśmy proces wykluczania (wyrzucania…?) z życia miejskiego mas ludzi…? Nie widzieliśmy, nie słyszeliśmy, ale czy chcieliśmy widzieć? Chociaż w naszych deklaracjach, choćby takich jak Tezy Miejskie, jest miejsce i na mieszkania dostępne, i godne warunki pracy, i równościowe postulaty ekonomiczne, i powszechnie dostępne usługi publiczne, i społeczną solidarność…
Bez takiego rachunku sumienia trudno chyba będzie zdziałać coś w świecie, który się zmienił, o czym świadczy choćby rosnące obecnie poparcie dla populistycznego, jakkolwiek krótkowzrocznego backlashu.
[1] W materiale „Referenda i ich warchoły” na stronie www KRM znajduje się zestawienie z trzech tylko miesięcy ubiegłego roku (maj-lipiec 2025) przeprowadzonych w polskich miastach referendów. Było ich dziewięć, ale tylko jedno przyniosło rezultat w postaci odwołania urzędującej prezydent Zabrza, ale już nie rady miasta.
[2] Tu warto przywołać obrazową wypowiedź Zygmunta Baumana:
Każdy by chciał pracować 500 metrów od domu, chodzić do pracy pieszo, wpadać do domu na drugie śniadanie, po pracy uprawiać z dziećmi ogródek i razem gotować kolację. Ale z punktu widzenia PKB lepiej jest, jeśli pracuje pan 50 kilometrów od domu. Wtedy masę pieniędzy i czasu pochłaniają dojazdy. Żywi się pan oczywiście na mieście. Z dziećmi siedzi płatna opiekunka. Ogródkiem musi zajmować się ogrodnik. A w dodatku chętnie bierze pan nadgodziny albo drugą pracę, bo wciąż brakuje panu na to wszystko pieniędzy. A przecież kiedy całe nasze życie zostanie sprowadzone do zarabiania i wydawania pieniędzy, staniemy się najbardziej nieszczęśliwymi, najbardziej samotnymi i absurdalnymi istotami na świecie.
[3] Autor m.in. takich opracowań jak „Nowi mieszczanie w nowej Polsce”, książek „Wynajdywanie miejskości. Polska kwestia miejska z perspektywy długiego trwania” i obszernego studium „Ruchy miejskie w Polsce”.
[4] Transport w mieście, zwłaszcza w kontekście zmian warunków dla ruchu samochodowego jest jednym z najbardziej konfliktogennych tematyk miejskich. Idea „sprawiedliwości transportowej” ma dwa różne oblicza. Najpierw chodziło o przywrócenie równowagi w zakresie dostępności przestrzeni ulic zawłaszczonej przez samochody – pieszym, rowerzystom i komunikacji publicznej (np. bus-pasy). Obecnie jest ona odwracana – chodzi o większą dostępność ulic dla samochodów wyrzucanych z nich m.in. z tego powodu, że trują powietrze. Czyli ulice mają być „odbijane” dla samochodów.
[5] Może tu warto przywołać dyskredytujące wypowiedzi o ruchach miejskich środowisk zwalczających progresywne polityki miejskie. Aktywiści miejscy to …”pizdy w rurkach, pedałujące na swoich rowerkach i popijające swoje latte na mleku sojowym na placu Zbawiciela”.
