Zamiast zaczynać od „mieszkańcy nie dorośli do demokracji” trzeba spojrzeć na przyczyny stanu rzeczy, który nas niepokoi. Prawdziwy problem leży w tym, czego od samorządu miast i gmin oczekujemy i co trzeba w nim zmienić.
Typowa dyskusja w tym obszarze sprowadza się do pytania o inwestycje. Czy szybko budują, ile asfaltu wylano, co nowego powstało? To jest ukształtowana przez dziesięciolecia perspektywa oceny władz samorządowych. Tymczasem w wielu miejscowościach prawdziwe wyzwania zaczynają wyglądać inaczej: jak zapełnić wybudowane już wielkie obiekty, jak zmienić ich funkcje, lub znaleźć środki na ich utrzymanie, czy wreszcie – jak zaadresować nowe potrzeby?
Jeśli chcielibyśmy spojrzeć na samorząd nie z perspektywy kampanii wyborczych, ale tak jak patrzyli na reformę jej twórcy, to trzeba przyjąć mniej populistyczny punkt widzenia.
Starając się odtworzyć ich tok rozumowania, można przyjąć, że uznali iż nakazowo-rozdzielczy sposób zarządzania należy zastąpić mechanizmem bardziej demokratycznym. Czyli takim, który u swej podstawy ma wolę mieszkańców. Następnie zbudowano konstrukcję szeregu instytucji, opartych na tym założeniu. Tak stworzony system, z licznymi niestety modyfikacjami psującymi jego logikę, działa do dziś.
To co w nim niepokoi, to nie tylko wspomniane wypaczenia, ale podstawa konstrukcji, czyli rola mieszkańców. W wyborczych decyzjach obywateli, nie tylko zresztą w Polsce, odnajdujemy coraz więcej uznania dla antydemokratycznych rozwiązań, dla odrzucania trójpodziału władzy, check and balance, czy zasady pomocniczości (subsydiarności). Na poziomie samorządu widzimy natomiast przejawy partykularyzmu i niechęci do myślenia w kategoriach wspólnoty.
WBREW POZOROM PRZYCZYNĄ NIE JEST
EGOIZM OBYWATELI. MAMY PROBLEM PONIEWAŻ
ŹLE ZAPROJEKTOWANE INSTYTUCJE UCZĄ ZACHOWAŃ,
KTÓRYCH PÓŹNIEJ SAME STAJĄ SIĘ OFIARĄ.
To zdanie wymaga rozwinięcia.
Przywykliśmy myśleć o instytucjach jako o narzędziach podejmowania decyzji. Tymczasem każda instytucja robi coś jeszcze. Każdego dnia uczy obywateli, jak funkcjonuje wspólnota i jaka jest ich w niej rola.
Jeżeli mieszkaniec wielokrotnie doświadcza, że jego udział ogranicza się do zgłaszania uwag, których nikt nie wykorzystuje, uczy się bierności. Jeżeli obserwuje, że o powodzeniu inicjatywy decydują przede wszystkim relacje polityczne, uczy się klientelizmu. Jeżeli widzi, że skuteczność wymaga przede wszystkim obrony własnego interesu, uczy się partykularyzmu.
Instytucje demokratyczne należy oceniać nie tylko ze względu na decyzje, które są przez nie podejmowane, lecz również pod kątem tego, jak kształtują obywateli, jak wpływają na ich zachowania.
Ta perspektywa zmienia bardzo wiele.
Zmusza do innego spojrzenia na samorząd. Przestaje on być wyłącznie systemem zarządzania lokalnymi usługami publicznymi. Staje się środowiskiem, w którym mieszkańcy uczą się demokracji – albo uczą się, że demokracja nie ma większego znaczenia. Od tego momentu rozmowa o samorządzie nabiera zupełnie nowego sensu.
Nie chodzi już tylko o to, czy rada gminy powinna mieć większe kompetencje od organu wykonawczego, czy sposób wyboru radnych jest właściwy, albo jak powinny wyglądać konsultacje społeczne. Wszystkie te kwestie stają się wtórne wobec pytania bardziej podstawowego.
JAK INSTYTUCJE SAMORZĄDOWE ROZWIJAJĄ
ZDOLNOŚĆ WSPÓLNOTY DO WSPÓLNEGO RZĄDZENIA?
Tak postawione pytanie prowadzi nas poza tradycyjny spór między demokracją przedstawicielską a bezpośrednią. Nie zmusza do wyboru między reprezentacją a partycypacją. Nie zakłada również, że istnieje jeden idealny model ustrojowy. Skłania natomiast do myślenia o demokracji jako o procesie projektowania relacji między ludźmi, instytucjami i doświadczeniami, które wspólnie tworzą kulturę polityczną.
To prowadzi do konkluzji, że dyskusję wychodzącą od tezy „mieszkańcy nie dorośli do demokracji”, zastąpić trzeba refleksją nad potrzebą zmian w samorządności. Trzeba się też pozbyć złudzeń, że efekty przyjdą natychmiast. Doświadczenia z „nową samorządnością” muszą przekonać mieszkańców, że nie jest to przelotny kaprys władzy lecz trwała praktyka, która ma sprzyjać zmianie dotychczasowego podejścia, nie tylko pojedynczych obywateli, ale ich znaczącej części.
Mimo to, takie podejście do rozmowy o samorządzie wydaje się nie tylko analitycznie poprawne, ale też uczciwe wobec mieszkańców.
Zamachnięcie się miało miejsce podczas absolutoryjnej sesji Rady Miasta Poznania, jakiś czas temu, choć skutki wciąż rosną. Ofiarą zamachu okazał się przede wszystkim prezydencki garniak (ponoć za 4 k€), obok zranionego i obnażonego EGO Dżej Dżeja[1]. Był to najpewniej właściwy cel „zamachu”, który pod tym względem przychodzi uznać za skuteczny.
Skutecznej, to znaczy jakiej? Chyba nie takiej gdzie można się do woli wygadać, kreatywnie podyskutować, ale nic z tego nie wynika.
Jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym wątkiem działalności ruchów miejskich, Kongresu Ruchów Miejskich w szczególności, jest samorządowa demokracja miejska. Nie jest żadną nowością rozpoznanie, iż w tej sferze od dłuższego czasu dzieje się źle i coraz gorzej. Kolejnym krokiem jest tu projekt ustawy metropolitalnej dla Trójmiasta.
12 maja odbyła się na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego konferencja pod intrygującym tytułem „Funkcjonowanie samorządu terytorialnego w Polsce – między działaniem a deklaracją”. Obok takiego wyzwania nie mogliśmy przejść obojętnie. Oto, co powiedzieliśmy.
Referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego i rady miasta odbywa się w najbliższą niedzielę. Cieszy się ono dość szerokim zainteresowaniem w kraju, zapewne także dlatego że w grę wchodzi drugie co do wielkości, „królewskie” miasto w Polsce. Komentatorzy przypisują tej inicjatywie rolę intrygi w partyjno-politycznych krajowych strategiach konfrontacyjnych. Krytykowana jest też przy okazji sama instytucja referendum odwoławczego, a także progresywne polityki miejskie, propagowane przez ruchy miejskie jako nasz Miastopogląd.
Pierdolnik globalny, a także krajowy, dominują w przekazie publicznym, i raczej w miarę obecnego rozwoju sytuacji będzie się on „ubogacał”. Pierdolnik miejski nie jest nieważny, bo to, co rozstrzyga o jakości życia ludzi ma charakter LOKALNY, oddziałując bezpośrednio na warunki egzystencji. To, że pierdolnik miejski jest bardziej kameralny niż ekscesy globalne nie oznacza, iż jest mniej godny uwagi.
Nie można członków partii dyskwalifikować z pracy w urzędowych instytucjach. Mając stosowne kompetencje są cennymi pracownikami. Jednak obsadzanie swoimi ludźmi samorządowych spółek bez konkursów, poszerzanie składów zarządów, tworzenie nowych stanowisk czy znajdowanie posad dla krewnych i znajomych budzi słuszne społeczne wątpliwości.
Mamy w Polsce setki a może i tysiące osób zajmujących się partycypacją. Co z tego wynika, i dlaczego tak mało?
Co ma wspólnego niedawno zmarły wybitny niemiecki myśliciel, filozof, socjolog i publicysta JÜRGEN HABERMAS z uprawnieniami wójta/ burmistrza/ prezydenta, z niezależnością rady miasta, czy budżetami obywatelskimi?