Andrzej Wierzbicki

Działacz miejski z miasta metropolitalnego, zaangażowany w ruchy miejskie od samego początku, a nawet wcześniej.  

Demokraci czy motłoch...?

27 wrzesień 2026

Według Platona (w uproszczeniu) rządy w demokracji przejmuje motłoch, co prowadzi do tyranii... Szereg przykładów, nie tylko najświeższych, pokazuje, że trwałość demokratycznego ładu nie tyle jest ugruntowana w trafnych rozwiązaniach instytucjonalno-proceduralnych, co w postawach szerokich mas wobec demokracji. To, że w Polsce ład demokratyczny wciąż trwa, zakrawa na cud – w świetle dalej przedstawionych danych. Opatrzność wciąż chyba jeszcze nie sprzyja dążeniom prawackich zamordystów. Jak długo jeszcze?

Ambitny zamordysta u władzy jest w stanie obejść albo zdemontować najlepsze zabezpieczenia prawno-formalne demokracji – chyba że masy ludu mu na to nie pozwolą (Vox populi = vox Dei). I odwrotnie – jeśli masy nie chcą demokracji to żadne instytucje i polityki jej nie wymuszą, co najwyżej stworzą jej pozory. To nie oznacza, że ład prawno-instytucjonalny nie ma znaczenia, przeciwnie, ale o trwaniu demokracji decydują powszechne, ugruntowane postawy ludzkie. Z tym, że indywidualna odpowiedzialność członków wszelakich elit jest o wiele wyższa niż pojedynczego tzw. zwykłego człowieka. Im wyżej w hierarchii społecznej tym odpowiedzialność większa.

DEMOKRACJA SŁABNĄCA

Warto przypomnieć, że na ok. 200 państw na świecie tylko ok. 70 jest uznawanych za demokratyczne. Szereg z nich ma demokrację określaną jako wadliwą czy niepełną. Nie jest dobrze, demokratyczny ustrój to mniejszość nie reguła. Narasta „dryf antydemokratyczny”, osłabiający liberalną demokrację. Z jednej strony techno-totalitaryzm (technofaszyzm), z drugiej – plemienny nacjonalizm (czy jawny faszyzm), z trzeciej – fanatyzmy religijnych fundamentalistów. Sprzyjają wyzwania globalne, bezpośrednio lub pośrednio środowiskowe i klimatyczne, zaostrzające konflikty i napięcia różnej skali.

Pod tym względem Polska jest w sytuacji chybotliwie przejściowej. Rządzą (ale nie w pełni) formacje identyfikujące się, przynajmniej deklaratywnie, z ładem liberalno-demokratycznym. Jednocześnie w przedwyborczych blokach startowych prężą muskuły oponenci, wynoszący „suwerenność” nad demokrację. Strony mają mniej więcej wyrównane poparcie, z niewielkimi wahaniami. Wskazuje to na dość wybiórcze przywiązanie ogółu narodu do demokratycznych wartości, a co najmniej kilkanaście jego procent opowiada się za wzorami wręcz faszystowskimi albo preferuje russkij mir.

Powinno to dziwić po setkach lat zamordyzmu krajowego oraz narzuconego z zewnątrz. Dlaczego tak jest?

Chciałbym tu przeprowadzić skrótową inwentaryzację/ przegląd czynników chorobotwórczych, infekujących w Polsce demokrację liberalną, sprzyjających antydemokratycznemu dryfowi.

Nie na poziomie bieżącej pyskówki politycznej, lecz drążąc głębsze i trwalsze okoliczności wpływające na polityczne status quo w Polsce. Może też dziwić, że ład demokratyczny wciąż trwa, mimo toksycznych infekcji.

Na dłuższą jednak metę demokracja popsuta, niepełna, koślawa i niesprawiedliwa, bez oparcia w postawach obywateli upada, co prowadzi do tyranii. Dostrzegał to już Platon prawie 2500 lat temu, krytykując rządy „demokratycznego” motłochu. W nadmiarze wolności nie liczącej się z nikim i z niczym widział istotę demokracji oraz podstawowy czynnik prowadzący do przekształcania się jej w tyranię. Tak faktycznie w dziejach nieraz bywało, a ostatnio platońskie rozpoznania nt. mechanizmu degenerowania się demokracji wydają się całkiem trafnie stosować do polskiej polityki[1].

ONR
DEMOKRATYCZNE ILUZJE, PLUSY i MINUSY

W tym miejscu warto wskazać na porażkę iluzji/ złudzenia „instytucjonalizacji”: że trwałą demokrację można po prostu zaprowadzić „od góry” aktem politycznym, zarządzając wolne wybory i implementując do porządku prawno-instytucjonalnego pewne innowacje. To nie działa – bez uwzględnienia stanu „demokratyzowanego” podmiotu, czyli ludu, w tym jego tradycji, kultury, wcześniejszego ładu społecznego, politycznej historii itd. Irak, Afganistan, i inne, ale też w pewnym stopniu byłe „demoludy” są na to dowodem.

Jednym z poważniejszych grzechów polskiej transformacji było mechaniczno-schematyczne podejście do demokracji. Taka naiwna, liryczna wizja: robimy wolne wybory, obalamy komunę i demokracja gotowa.

W efekcie na lata został zabetonowany wyjściowy układ: elita „postsolidarnościowa” kontra „postkomunistyczna” przy trwałym wykluczeniu innych. Dla wielu rodaków istotne rozstrzygnięcia zapadały ponad ich głowami, chociaż z powodu pewnej presji (np. kościoła, mediów…) chodzili oni głosować w kluczowych sprawach, przy dość mizernej frekwencji.

Po co w ogóle komu demokracja? DEMOS KRATOS, czyli władza ludu. Po co mu ta władza? Nie lepiej zamiast  zawracać sobie głowę jakimiś problemami polityki zalegać na kanapie z browarem w ręce, gapić na mecze a w weekend odpalać grilla, albo tłuc maratony albo inne triathlony? Płacę podatki a wy macie tak robić, żeby było dobrze…! Jeśli demokracja funkcjonuje mniej więcej dobrze, to obywatel doświadcza tego bezpośrednio – nie musi obawiać się władzy ani policji, bo one są dla niego, policyjna pała ma go chronić a nie zagrażać. W demokracji obywatel jest na pierwszym planie – jego potrzeby, racje, problemy są nadrzędne dla polityki itd. Choć realny ład demokratyczny bywa koślawy, mogę wybierać polityków, bo politykę to już nie zawsze – tę trzeba na politykach wymuszać.

DEMOKRACI CZY MOTŁOCH

Skoro lud w demokracji ma dzierżyć władzę, to musi być w stanie to czynić. Czyli spełniać jakieś warunki i nie chodzi tu o kryterium dochodu/ bogactwa, ale standardy kompetencji, zaangażowania i odpowiedzialności. Trzeba podnieść się z fotela, wyjść z mieszkania i zobaczyć, że sprawy publiczne to też moje sprawy, które niosą pewne wyzwania.

Innymi słowy – dla zadbania o swoje prawa, dzięki którym możemy pilnować swoich spraw, trzeba wziąć na siebie pewne obciążenia. Sam udział w wyborach nie wystarczy…

Szereg diagnoz wskazuje na ważne czynniki podmiotowe, czyli tkwiące w nas (choć niekoniecznie po równo), które destrukcyjnie wpływające na funkcjonowanie polskiej demokracji. Nie Rosja, nie Niemcy, nie UE tylko my sami. Zwykle nie są one kojarzone ze stanem demokracji czy samorządności. Poniżej o najważniejszych z nich w skrócie, bez głębszego wnikania w przyczyny, zwykle z mocnym komponentem historycznym.


Ja cierpie

  • Polska trauma powszechna.
    Jednym z jej przejawów jest narodowe zamiłowanie do postrzegania siebie (Polski, Polaków) jako ofiary wrednych knowań wszystkich dookoła, gdzie pozostajemy niewinni jak konsekrowane dziewice. Stąd martyrologia, kult ofiary i cierpienia, tym większy im ta ofiara większa i mniej w niej sensu. Badania Michała Bilewicza[2] pokazują, że poziom transpokoleniowej traumy jest w Polsce najwyższy w Europie. W uzasadnieniach sięga do czasów II wojny światowej i powszechnych dramatów jakie były udziałem mieszkańców polskich ziem.
    Z kolei inni badacze, psychologowie i socjologowie (W.Eichelberger, K.Pobłocki i in.), wskazują na dawniejsze źródła historycznej traumy, tkwiące w kilkusetletnim wyzysku i upokarzającej eksploatacji czasów pańszczyzny. Historyczne badania oparte na koncepcji tzw. „długiego trwania” wskazują, że trwałe zmiany społeczne zachodzą o wiele wolniej niż wyraziste zmiany instytucjonalne albo cywilizacyjne. Trzeba szeregu pokoleń by zmiana zaistniała. A epigenetyka potwierdza specyficzną dziedziczność traumatycznych doświadczeń ujawniających się w trzecim pokoleniu i potem.
    Powszechne i dziedziczone poczucie doznanych krzywd, które nie zostały wypowiedziane i opowiedziane (np. z powodu cenzury) i skutecznie przepracowane, ma swoje konsekwencje.
    Skutkuje podwyższonym poziomem lęku i frustracji (kraj ludzi niezadowolonych i narzekających, a jednocześnie neurotycznie nadwrażliwych jeśli chodzi o zewnętrzne oceny), związaną z nim powszechną nieufnością i podejrzliwością (także jednym z najwyższych w Europie), skłonnością do nieracjonalnych oczekiwań w kwestii zadośćuczynienia za krzywdy faktyczne i domniemane. W tle jest stłumiona agresja uruchamiająca się w imię wymierzenia „sprawiedliwej” odpłaty za krzywdy. Wszystko to oznacza niski poziom inteligencji społecznej, od którego zależą możliwości współpracy od najniższego do najwyższego szzebla.

Mowi juz kurwa

  • Przeciętnie niski poziom kompetencji intelektualnych dorosłych rodaków.
    W międzynarodowym, światowym badaniu[3] dorosła ludność Polski wypada dramatycznie, na drugim lub trzecim od końca miejscu pośród 31 państw, i sporo poniżej średniej OECD. Badanie dotyczyło dość podstawowych trzech kompetencji: czytania ze zrozumieniem tekstu, rozumowania w zakresie prostych zadań matematycznych i rozwiązywania problemów. (To, że Polacy niczego nie czytają stale potwwierdzają badania Biblioteki Narodowej, inne sstwwierdzają rsonący analfabetyzm wtórny oraz funkcjonalny, itd.).
    Podstawowym mechanizmem funkcjonowania demokracji jest prowadząca do podjęcia decyzji racjonalna deliberacja publiczna z szerokim udziałem tych, których decyzja dotyczy. „Racjonalna” czyli opierająca się na rzeczowych argumentach i logicznych uzasadnieniach. Zakłada to, że uczestnicy debaty i decyzji (np. w referendum) są w stanie intelektualnie opanować (zrozumieć) temat deliberacji i proces deliberacji wraz z jego logiką, by móc w niej uczestniczyć.
    Intelektualna słabość (statystyczna) rodaków czyni ich w dużym stopniu niezdolnymi do podmiotowego, sprawczego udziału w demokratycznej polityce, ale ułatwia manipulowanie nimi. Zapadające decyzje nie biorą pod uwagę potrzeb i interesów tych, których głosu nie słychać, bo nie są oni w stanie w debatę sensownie się włączyć. To jakby samowykluczenie z obecności na demokratycznej agorze.
    Z drugiej strony niskie kompetencje intelektualne (i komunikacyjne) czynią ogół rodaków podatnymi na przekazy demagogiczne, propagandę, indoktrynację, teorie spiskowe różne – co ma związek ze wspomnianą wyżej powszechną podejrzliwością i nieufnością. Paradoksem tej sytuacji jest to, że ludzie mają problemy z rozpoznaniem własnych interesów politycznych i popierają rozwiązania i polityków faktycznie z nimi sprzecznych – np. miliardera jako rzecznika uboższych….


My zamiast ja

  • Nierówności – nie służą demokracji.
    Wbrew samozadowoleniu elit, nierówności społeczno-ekonomiczne w Polsce są duże, jedne z najwyższych w Unii Europejskiej. World Inequality Report 2026 szacuje, że w Polsce 10 proc. najzamożniejszych posiada 62 proc. polskiego majątku netto, a 1 proc ultrabogatych aż 30,2 proc. Rozpiętość gigantyczna… Można tak je badać, żeby fakt ten maskować, i na odwrót, ale to drugie jest trudniejsze. Temat został już gruntownie podjęty na gruncie polskim[4], a wcześniej potrząsnął światową ekonomią za sprawą książek Thomasa Piketty’ego i zespołu.
    Podstawowe odkrycie jest takie, że nierówności, zwłaszcza duże i rosnące – w XXI wieku szkodzą gospodarczemu rozwojowi. Z tego powodu zagrażają też demokracji, gdyż generują frustracje i napięcia społeczne trudne do przezwyciężenia, ale sprzyjające ekspansji populizmu i rozwiązań autorytarnych[5]
    .Demokracje najbardziej stabilne i najwyżej oceniane funkcjonują w krajach o niezbyt wysokim poziomie nierówności społeczno-ekonomicznych.
    W Polsce pamięć urawniłowki czasów komuny powoduje, że egalitaryzmu nie uważa się za wartość cenioną. Wyniki badań i sondaży dotyczących np. progresywnego podatku albo składek zdrowotnych wskazują, że raczej jest przeciwnie, chociaż różnice zamożności budzą przysłowiową polską zawiść. Ludność raczej akceptuje hierarchiczny porządek świata, czego wyrazem jest utrwalony, powszechny paternalizm: w rodzinie, w szkole, firmie, kościele, polityce.. Paternalizm jest antydemokratyczny, jako że demokracja buduje się na stosunkach partnerskich, a nie hierarchicznych.


zaczeli bez nas

  • Nowe elity bez orientacji
    Według Andrzeja Ledera[6] w Polsce podczas II wojny światowej i po niej rękami okupantów z Zachodu i Wschodu dokonała się rewolucja społeczna, jakby ponad głowami Polaków i poza ich świadomością. Jej doniosłym długofalowym elementem była brutalna eliminacja starych elit – przez fizyczne unicestwienie, także na wojnie, wymuszoną emigrację, marginalizację m.in. przez odebranie majątków, zsyłanie na Sybir albo prowincję, itd. Wg niektórych historyków II RP to „przedłużone średniowiecze” – gdzie rządziło kilkaset ziemiańskich rodów. Instytucja dworu szlacheckiego zanikła dopiero po wojnie, ponad 80 lat po zniesieniu pańszczyzny.
    Nowe elity wywodzące się głównie z warstw plebejskich, wyłoniły się stopniowo. Wehikułem ich wzrastania były głębokie (choć ideologicznie wykoślawione) procesy cywilizacyjne jak masowa urbanizacja, industrializacja, repatriacja i migracja wewnętrzna. Zmieniły one społeczeństwo, poddawane jednakże mało skutecznej indoktrynacji ideologicznej. Dotyczyło to też nowych elit, oderwanych od dawnych wzorców i przekazów tradycyjnej inteligencji, a jednocześnie zdystansowanych wobec propagandy komuny. Elity bez korzeni, fundamentów i kompasu.
    Antykomunistyczna opozycja (lata 70-te) była społecznym marginesem o niewielkim oddziaływaniu, bez wizji państwa demokratycznego, poza naskórkowymi wyobrażeniami o Zachodzie.
    Nie dziwi więc, że elity biorące odpowiedzialność za Polskę po 1989 r. nie były do tego wyzwania przygotowane – były raczej zaskoczone i wygłupione nagłym upadkiem realnego socjalizmu i nastaniem rządów dzikiego kapitalizmu.
    M.in. stąd żywiołowe, niekontrolowane odradzanie się postfeudalnych, paternalistycznych stosunków społecznych w firmach, instytucjach i struktur wodzowskich w polityce i samorządzie. Jest to jeden z donioślejszych procesów deformujących polską demokrację. Wzbudza on, razem z paroma innymi czynnikami (nierówności, nepotyzm…), wrogość mas wobec elit. Bycie poddanym, albo pan-ującym, a nie równoprawnym obywatelem, zdaje się jakoś odpowiadać polskiej duszy. 

*   *   *

Jest jasne, że frustracja ludzi, zwłaszcza młodszych, nie mogących zaspokoić swoich podstawowych potrzeb – mieszkaniowych, leczenia, edukacji, dobrej pracy, dojazdu itd. – nie służy demokracji, to prawda uniwersalna i ponadczasowa. Powszechnie znane są też narodowe przywary, stojące w poprzek wymagań/ potrzeb funkcjonowania ładu demokratycznego. Kłótliwość: „gdzie dwóch Polaków tam trzy stronnictwa”; egoizm i partykularyzm utrudniające możliwości współpracy: „bo nieważne czyje co je, ważne to je co moje”, niski na tle UE poziom społecznego zaangażowania (udział w organizacjach, protestach, podpisywanie petycji itd.) – tu warto przywołać badania prof. Stefana Nowaka z lat 70-tych stwierdzających istnienie „próżni społecznej”: dla Polaków istnieje rodzina i najbliższy krąg sąsiadów i znajomych oraz naród (abstrakcyjny), pomiędzy nie ma nic i nikogo… Nadal w dużym stopniu tak jest, na czym traci demokracja. Widać to m.in. w trwalej niezdolności do np. budowania trwałych koalicji społecznych na rzecz realizacji celów i wartości, za którymi opowiada się większość rodaków, a które są ignorowane przez polityków z partykularnych powodów.

Nie można tu też nie wspomnieć o zabójczej dla demokratycznej debaty aktywności algorytmów rządzących powszechnie wykorzystywanymi social-mediami, ale jest to wiedza powszechna…
Mimo tego wszystkiego demokratyczny ład, choć koślawy, wciąż w Polsce jakimś cudem trwa, przynajmniej formalnie, ale bez przesadyzmu.

Co dalej? Nie wiem, poza tym, że trzeba powoli dłubać swoje „na dole” kreując demokratyczne rozwiązania, angażujące i edukujące ludzi. Samo się nie zrobi, ani dziś ani jutro…  

[1] Platon „Państwo”, księga VIII. W transformacji demokracji w tyranię (dyktaturę) Platon widział szczególną rolę demagogów, a przecież wtedy nie było jeszcze mass mediów i mediów społecznościowych, TV Republika i Stanowskiego, Macierewicza, Ziobry i Czarnka.

[2] Michał Bilewicz „Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości”, Wydawnictwo MANDO, 2024 r.

[3] Opis badania i szczegóły https://piaac.pbs.pl/badanie-piaac/

[4] Publikacja książkowa Jakuba Sawulskiego, Michała Brzezickiego i Pawła Bukowskiego pt. „Nierówności po polsku. Dlaczego trzeba się nimi zająć, jeśli chcemy dobrej przyszłości nad Wisłą”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2024.

[5] W Polsce od wielu lat ponosimy polityczne koszty zignorowania rozczarowania i frustracji licznych rzesz rodaków tzw. „przegranych transformacji” społeczno-ekonomicznej. Ta frustracja nie musi być świadectwem nędzy, choćby niespełnionych oczekiwań mimo obietnic.

[6] Andrzej Leder „Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.

 

belka

Adres korespondencyjny:
Związek Stowarzyszeń KONGRES RUCHÓW MIEJSKICH
80-236 Gdańsk, Aleja Grunwaldzka 5 
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Konto bankowe: 76 1600 1462 1887 8924 3000 0001
NIP: 779 246 16 30
KRS: 0000671496