Temat utrzymania albo zniesienia zasady dwukadencyjności dotyczącej wójtów, burmistrzów i prezydentów miast został na razie zawieszony, nie rozstrzygnięty. Jest o nim względnie cicho, choć pod spodem kwestia raczej buzuje. Przy tej okazji ujawniają się problemy istotne, słabo eksponowane, pokazujące stosunek rodaków do krajowej elity politycznej.
W mainstreamie pojawiają się materiały, często autoryzowane przez którąś z organizacji skupiających „włodarzy” i pilnujących ich interesów[1], o potrzebie uchylenia zasady dwukadencyjności. Niosą one lamentacje straszące katastrofą świata samorządowego jeśli dwukadencyjność wejdzie w życie. Liczni wielokadencyjni włodarze uważają się za niezastąpionych i rysują czarne wizje upadku samorządów – co to będzie jak nas już nie będzie! Komentatorzy formułują niby racjonalne argumenty przeciw dwukadencyjności – osadzone w Konstytucji, w tym jak jest za granicą, w socjologii, psychologii, demografii i in. Jest pomysł, że dwukadencyjność wzmocni wpływ partii na samorząd, osłabiając autonomię miast i gmin (jakby upartyjnienie samorządów już nie było ewidentne i powszechne.)
LUD PROSTY WIE SWOJE!
Tak czy owak – te lamentacje i argumentacje, biadolenia
i złorzeczenia kompletnie nie trafiają do przekonania
szerokiej publiczności! Vox populi (który ma być vox Dei),
w ogromnej większości popiera zasadę dwukadencyjności.
Ponadto – całkiem licznie popierane są ograniczenia dalej idące. W dwóch kierunkach: rozszerzenia zasady dwukadencyjności na posłów, senatorów, radnych gminno-miejskich, powiatowych i wojewódzkich, a nawet marszałków, starostów i jeszcze dalej. Drugi kierunek to zaostrzenie zasady dwukadencyjności do jednej kadencji.
Przykładowo – w konsultacjach sejmowych projektu ustawy autorstwa PSL-U znoszącej dwukadencyjność ok. 80% respondentów opowiedziało się za jej zachowaniem. W badaniu pt. „Barometr Lokalnego Kapitału Obywatelskiego” (Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia dla Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, 23.03 – 13.04 br.) jedynie 18% badanych chce całkowitego zniesienia zasady dwukadencyjności. Za jej utrzymaniem jest 48% badanych, a za zaostrzeniem do jednej kadencji – 12%. Łącznie to 60% – prawie trzy i pół raza więcej niż zwolenników zniesienia ograniczeń. A 14% chce zachowania ograniczenia liczby kadencji, tyle że do więcej niż dwóch.
Innych przykładów powszechnego poparcia dla dwukadencyjności jest sporo. Jeden z najświeższych to zgodne komentarze na FB pod informacją o artykule eksperta Związku Powiatów Polskich na „Portalu Samorządowym”[2]. Nie „grzeszy” on obiektywizmem, bo reprezentuje organizację zaangażowaną. W tych ponad 450 komentarzach w zasadzie WSZYSCY z pojedynczymi wyjątkami opowiadają się za zachowaniem dwukadencyjności albo jej zaostrzeniem, a także rozszerzeniem na inne funkcje. Lamenty autora są gremialnie odrzucane.
Cytujemy wybór:
- Jestem za dwukadencyjnością! I pisanie takich bzdetów budzi we mnie niesmak ! Sitwy gminne są jak huba, nie do oderwania! Dwukadencyjność trzyma je trochę w ryzach!
- Ha ha nie. Należy wreszcie odspawać zblatowanych z deweloperką, zmieniających miejskie media lokalne w propagandowe tuby dinozaurów
- Dwukadencyjność należy rozszerzyć na radnych, posłów i senatorów. Dla co niektórych jedna kadencja to zdecydowanie za dużo.
- Już płaczą. Koniec z wójtami siedzącymi po 30 lat bo byli największymi pracodawcami w gminie. Skończyło się. Możecie sobie lamentować.
- Dwukadencyjność powinna dotyczyć wszystkich wybieralnych stanowisk bez względu czy to wójt burmistrz ale też poseł, senator, prezydent a nawet radny!
- Optymalny wskaźnik rotacji pracowników w większości stabilnych firm powinien wynosić około 10% rocznie. Taki poziom pozwala na dopływ świeżej krwi i nowych pomysłów, nie powodując jednocześnie strat w ciągłości pracy…
- A więc nie demonizujmy, że odejście włodarza po 10 latach jest stratą, wręcz przeciwnie jest szansą na rozwój, świeże spojrzenie na przyszłość gminy. A dobry włodarz tak jak dobry menadżer o pracę nie powinien się martwić.
- Dwukadencyjność to jeden z najlepszych pomysłów na chorobę uwłaszczanie się władców na tronach. To jedyny sposób na prawdziwą demokrację w systemie, który mamy. Można przebudować system, jeśli zabraknie chętnych, liczbę gmin zawsze można zmniejszyć łącząc je. To rozwiązania dobrze znane na świecie i w Polsce też.
- No i super. W każdej pracy na stanowisku kierowniczym, jeżeli kogoś się nie da awansować to trzeba go odpalić po 5-7 latach, człowiek zwyczajnie traci rozpęd, po 10 to sorry. Niestety to dotyczy każdego człowieka. Lepiej zaryzykować i wymienić. Zresztą taki dobrze oceniany włodarz szybko może przeskoczyć do sejmu, senatu, Europarlamentu itd.
- Dwukadencyjność to najlepsza rzecz jaka spotkała samorządy. Znacznie ogranicza możliwość tworzenia układów. Był to dobry krok w stronę wykorzenienia korupcji i kolesiostwa. Oczywiście poziom korupcji dalej jest ogromny. (…).
- Zlikwidujmy wybory samorządowe, wprowadźmy od razu monarchię dziedziczną dla burmistrzów, wójtów, radnych i ich rodzin !
- Nie ma ludzi niezastąpionych, a jak jest dobry gospodarz, to powinien prowadzić taką politykę, by przygotować godnego następcę. Niemniej po 10 latach rządzenia, każdy się wypala i powinien przekazać pałeczkę w tej sztafecie, kolejnej osobie, która ma świeże pomysły i zapał
……………………………………………. Itd. itp. Jeszcze ponad 450 podobnych opinii…
WIE SWOJE i CO?
W zasadzie to nic nowego.
Zastanawia jednak pytanie, dlaczego ten powszechny sprzeciw
ludu wobec inicjatywy zniesienia dwukadencyjności
nie wywołuje prób wyjaśnienia? DLACZEGO lud się sprzeciwia?
Cisza, woda w ustach, złotouści żurnaliści tematu nie ruszają. Pochłaniają ich bez reszty wojenki partii i ich liderów, plus sondaże kto nad kim albo pod kim. Podmioty medialne czasem ogłaszają jakiś kolejny materiał z lamentacjami o tym, jak wielkim złem jest dwukadencyjność i tyle. Czyli lud swoje, media swoje, a politycy siedzą okrakiem na barykadzie i kombinują, co im się bardziej opłaca[3].
Wydaje się, że prawda jaka wyłania się z opinii o dwukadencyjności i pospolitych komentarzy ulicy oraz z badań (o których dalej), jest nieprzyjemna dla elit politycznych więc niezbyt chętnie jest wyrażana. Trzeba mieć cojones i motywację, żeby odważyć się publicznie ogłosić, iż KRÓL JEST NAGI.
Od dawna dominuje u nas narracja, że polityka jest moralnie i estetycznie niska, brudna, obrzydliwa. Zastrzeganie się uczestników różnych gremiów iż to co oni robią nie ma nic wspólnego z polityką, to powszechny standard. „Trzymamy się z dala od polityki” głoszą działacze społeczni, samorządowi, nawet politycy (!) a media przyklaskują. Ma też miejsce duży dystans do państwa, w domyśle ono nie jest nasze, tylko zawłaszczone i nas okrada. Od początku III RP realny stosunek do państwa wyrażał się w podejściu do podatków, traktowanych powszechnie jako łupienie niewinnych, uczciwych ludzi.
Wydaje się, że obecnie w warunkach zaciekłej tzw. polaryzacji i konfliktu wewnętrznego sytuacja bardzo zdecydowanie posunęła się „do przodu”. Już nie tylko dla vox Populi polityka to jedno wielkie gówno, nie tylko państwo jest obce i złodziejskie.
Potępienie skierowało się zdecydowanie w stronę tych, którzy są
najbardziej sprawczy i odpowiedzialni za jedno i drugie,
czyli polityków: ELITA POLITYCZNA TO SAMO ZŁO! Nie znosimy jej
en bloc, niezależnie od podziałów partyjno-ideowych,
nie mamy do niej zaufania, szacunku czy uznania, gardzimy nią.
Polityków mamy po prostu dosyć! To jest wniosek m.in. z powszechnego poparcia dla dwukadencyjności. To że ludność licznie głosuje na KO czy PiS nic tu nie uchyla: głosuję na PiS nie dlatego że mi się podoba, tylko dlatego że nienawidzę Tuska i „bążura”. Albo – nie cierpię KO ale na nią głosuję, bo bardziej boję się władzy antyunijnych PiSiorów w sojuszu z neofaszystami. Wybieram mniejsze zło, bo żadnego dobra wybrać się nie da.
CO WIDZIMY w POLITYKACH?
Na potwierdzenie przekonania o niechęci/ wrogości/ pogardzie ludu prostego wobec politycznych elit mamy, obok poparcia dla dwukadencyjności, wyniki przykładowych dwóch badań. Dotyczą one szacunku/ poważania i zaufania opinii publicznej do przedstawicieli różnych zawodów – rozumianych raczej szeroko jako role społeczne. W obu politycy znajdują się na dole drabiny zaufania/ uznania.
Wcześniejszy jest raport IPSOS Global Trustworthiness Index 2024, z końca 2024 r. i dotyczy zaufania do przedstawicieli poszczególnych zawodów z listy 21 profesji. (Link do Raportu w załączniku). Jedynie naukowcom ufa ponad połowa (51%) respondentów, i to pomimo popularności antynaukowych, spiskowych bredni. Mniej niż połowa ufa lekarzom (41%)[4], wojskowym (39%) czy nauczycielom (38%).
Politycy znajdują się na ostatnim,
21-szym miejscu listy, z zaufaniem 8%!
Warto dodać, że w tym badaniu zaufania Polska znalazła się na przedostatnim miejscu wśród 32 państw, przed Peru, a po Turcji i Chile.
Badanie późniejsze „Ranking prestiżu zawodów i specjalności” z 22-23.04.2025 na zlecenie BUSINESS INSIDER jest bardziej szczegółowe i obejmuje 51 profesji. Do ich oceny stosuje kryterium prestiżu: szacunku, poważania, uznania. Pokazuje też zmiany pozycji w rankingu w ciągu ostatnich 5 lat. Miejsca ostatnie, 51 i 50 zajmują influencer i youtuber z uznaniem ze strony ok. 13,7% badanych – liderzy rankingu to powyżej 80%.
Trzeci od końca (49. miejsce) jest poseł na Sejm,
z uznaniem 21,5% badanych, który spadł w ciągu 5 lat
o 18 miejsc (o 12 w ostatnim roku).
Obok na pozycji 48 jest europoseł, z uznaniem od 22,2%, a za nim (miejsce 47.) radny gminny, ze spadkiem w rankingu o 17 pozycji w ciągu 5 lat (o 13 w ostatnim roku). Senator RP (26,7% głosów uznania) i minister (27,6%) sąsiadują na miejscach 42 i 41, minister w ostatnim roku spadł w rankingu o 11 miejsc. Brak tu wójta, burmistrza, prezydenta miasta, ale poparcie dla dwukadencyjności wyjaśnia kwestię uznania dla nich. Ksiądz na miejscu 40. cieszy się uznaniem 29,3% badanych i „spadł” o 12 miejsc w ciągu 5 lat. Liderzy rankingu to strażak, ratownik medyczny i pilot samolotu pasażerskiego, powyżej 80%.
Sumując: polityków wszystkich szczebli i na różnych stołkach, od władzy wykonawczej i stanowiącej (zwłaszcza), lokalnej i krajowej, otacza co najmniej niechęć ludu, nie cieszą się oni szacunkiem ani uznaniem, nie są darzeni zaufaniem (choć zapewne nie wszyscy w takim samym stopniu). W skrócie – lud ma ich dosyć i szanuje o wiele mniej niż przedstawicieli niemal wszystkich innych profesji[5]. Co istotne – ta antypatia narasta od lat, a w ciągu ostatniego roku wzrosła skokowo, bardziej (nawet kilkukrotnie) niż łącznie przez wszystkie lata poprzednie.
CO DALEJ i DLACZEGO?
Powyższe nasuwa różne pytania i prowadzi do rozmaitych konsekwencji, w tym groźnych.
Oto totalny wkurw na ogół elity politycznej jest
niebezpieczny, bo dostarcza paliwa ekstremistom,
którzy chcą rozwalić system, przewrócić stolik
i przejąć władzę.
Nieważne jak będzie, byle było inaczej! Skoro racjonalne (wydawałoby się) decyzje wyborcze niczego nie rozwiązują i konflikt/ kryzys narasta, bo wymiana polityków nie prowadzi do zmiany polityki, trzeba rozwalić system, bo on nie działa!
Ale dlaczego tak naprawdę nie cierpimy naszej politycznej elity? Może to jednak przesada? Dlaczego Polacy mają szanować właśnie polityków skoro w Polsce wszyscy nienawidzą siebie nawzajem? Panuje totalna podejrzliwość i brak zaufania, drażliwość i skłonność do kłótni o cokolwiek (gdzie dwóch Polaków tam trzy stronnictwa…), powszechne poczucie krzywdy i jednocześnie przekonanie o własnej niewinności oraz moralnej wyższości.. Zabawa w sondaże mówi tylko tyle, że w danym momencie wrogość jednej części elity jest większa/ mniejsza niż wobec innej.
Pytanie DLACZEGO? jest podstawowe, bez niego trudno myśleć o poprawie sytuacji. Na polityków spadają niagary hejtu, ale nie miejsce tu na powielanie bluzgów. Nie wolno przerzucać na lud prosty odpowiedzialności, że np. niewdzięczny jest (i głupi, bo nie rozumie…), gdy politycy „wypruwają sobie flaki” w publicznej służbie. Starannie zapracowali oni na głębokie rozczarowanie tym, co wyprawiają! Odpowiedzialność zależy od sprawczości – polityk ma o wiele większy wpływ na rzeczywistość niż zwykły obywatel rodak-Polak. Masy rodaków to oczywiście nie są jakieś niewiniątka, skrzywdzone i sponiewierane, co widać np. w narastającej agresji. Niechęć do elity politycznej nie sprawiła przecież, że ludzie przestali ulegać jej wpływom. Może jest nawet odwrotnie: stale rośnie skuteczność wyrafinowanej manipulacji postawami i myśleniem ludności. Frustracja, lęk i wkurw są przekierowywane na innych, Ukraińców, Żydów, Niemców, gejów, grupy zawodowe.
Przypuszczam, że skokowy spadek uznania dla kasty polityków
w ciągu ostatniego roku (zjazd na dół rankingu) świadczy o tym,
że ludność ma już dość panującego pato-politycznego chaosu,
agresji i tego całego obrzydlistwa, lejącego się hektolitrami z mediów wszelakich[6].
I słusznie czyni ona polityków odpowiedzialnymi za stan rzeczy zwiększający niepewność i poczucie zagrożenia tym, co przyniesie przyszłość. Każdy widzi, że ta pato-gra możnych polityki idzie o partykularne, partyjne interesy, o władzę, o konfitury. Deklamacje, że chodzi o Polskę, Polaków, dobro publiczne, samorządność, demokrację – to zużyta, maskująca ściema.
Wrogość wobec elity politycznej bierze się też z tego, że ona nie słucha ludu prostego, nie uwzględnia jego problemów, nie reaguje na oczekiwania, nie spełnia obietnic i deklaracji. Decyzjami polityki rządzą kalkulacje obsługujące doraźne interesy partyjne czy środowiskowe (kleru, deweloperów, myśliwych, leśników,…) bez oglądania się na vox Populi, albo tzw. dobro wspólne. Lud swoje, władza swoje.
* * *
Odwrócić trend wrogości wobec polityków, i pogardy do polityki jako takiej, mogą tylko sami politycy!
Póki co jest im jednak chyba całkiem dobrze w ramach panującego status quo (kogo w końcu obchodzi, co myśli zwykły lud… on w ogóle myśli? ciemny lud wszystko kupi…), i nie czują potrzeby, żeby np. reformować system władzy. Zapewne dopiero jakiś poważny wstrząs wywoła potrzebę zmiany, oby tylko nie za późno…
[1] Jak Związek Miast Polskich, Unia Metropolii Polskich czy Związek Powiatów Polskich i in.
[2] Autor Bogdan Bugdalski, tytuł: ‘Gminy stracą doświadczonych liderów. „Egzotyczne rozwiązanie” uderzy w samorządy’, 9 sierpnia 2026.
[3] Powszechnie wiadomo, że wprowadzenie przez PiS w styczniu 2018 r. zasady dwukadencyjności było wymierzone w wielokadencyjnych prezydentów większych i największych miast, należących do PO lub przez PO popieranych. Obecnie ujawniają się także inne kalkulacje i kombinacje oraz partyjne interesy.
[4] Jest sporo mniej niż w innych badanych krajach.
[5] W przytoczonych badaniach IPSOS i BUSINESS INSIDER występują wyraźne, ale nie radykalne różnice pomiędzy oceną przedstawicieli różnych profesji. Bardzo złą pozycję polityków przynoszą zgodnie oba badania, w obu znajdują się oni na końcu list z najgorszymi ocenami, lub prawie na końcu.
[6] Być może agresja panosząca się w mediach społecznościowych, spontaniczna lub będąca wynikiem rozmaitych manipulacji – skutecznych, bo istnieje dla nich podatny grunt – jest sposobem odreagowania wkurwu na całą, obecną makro-sytuację, nader frustrującą i stresującą, która nie wiadomo jak się rozwiąże.
