Jak rozmawiać o samorządzie?

05 sierpień 2026

Zamiast zaczynać od „mieszkańcy nie dorośli do demokracji” trzeba spojrzeć na przyczyny stanu rzeczy, który nas niepokoi. Prawdziwy problem leży w tym, czego od samorządu miast i gmin oczekujemy i co trzeba w nim zmienić.

Typowa dyskusja w tym obszarze sprowadza się do pytania o inwestycje. Czy szybko budują, ile asfaltu wylano, co nowego powstało? To jest ukształtowana przez dziesięciolecia perspektywa oceny władz samorządowych. Tymczasem w wielu miejscowościach prawdziwe wyzwania zaczynają wyglądać inaczej: jak zapełnić wybudowane już wielkie obiekty, jak zmienić ich funkcje, lub znaleźć środki na ich utrzymanie, czy wreszcie – jak zaadresować nowe potrzeby?

Jeśli chcielibyśmy spojrzeć na samorząd nie z perspektywy kampanii wyborczych, ale tak jak patrzyli na reformę jej twórcy, to trzeba przyjąć mniej populistyczny punkt widzenia.

Starając się odtworzyć ich tok rozumowania, można przyjąć, że uznali iż nakazowo-rozdzielczy sposób zarządzania należy zastąpić mechanizmem bardziej demokratycznym. Czyli takim, który u swej podstawy ma wolę mieszkańców. Następnie zbudowano konstrukcję szeregu instytucji, opartych na tym założeniu. Tak stworzony system, z licznymi niestety modyfikacjami psującymi jego logikę, działa do dziś.

To co w nim niepokoi, to nie tylko wspomniane wypaczenia, ale podstawa konstrukcji, czyli rola mieszkańców. W wyborczych decyzjach obywateli, nie tylko zresztą w Polsce, odnajdujemy coraz więcej uznania dla antydemokratycznych rozwiązań, dla odrzucania trójpodziału władzy, check and balance, czy zasady pomocniczości (subsydiarności). Na poziomie samorządu widzimy natomiast przejawy partykularyzmu i niechęci do myślenia w kategoriach wspólnoty.

WBREW POZOROM PRZYCZYNĄ NIE JEST
EGOIZM OBYWATELI. MAMY PROBLEM PONIEWAŻ
ŹLE ZAPROJEKTOWANE INSTYTUCJE UCZĄ ZACHOWAŃ,
KTÓRYCH PÓŹNIEJ SAME STAJĄ SIĘ OFIARĄ.

To zdanie wymaga rozwinięcia.

Przywykliśmy myśleć o instytucjach jako o narzędziach podejmowania decyzji. Tymczasem każda instytucja robi coś jeszcze. Każdego dnia uczy obywateli, jak funkcjonuje wspólnota i jaka jest ich w niej rola.

Jeżeli mieszkaniec wielokrotnie doświadcza, że jego udział ogranicza się do zgłaszania uwag, których nikt nie wykorzystuje, uczy się bierności. Jeżeli obserwuje, że o powodzeniu inicjatywy decydują przede wszystkim relacje polityczne, uczy się klientelizmu. Jeżeli widzi, że skuteczność wymaga przede wszystkim obrony własnego interesu, uczy się partykularyzmu.

Instytucje demokratyczne należy oceniać nie tylko ze względu na decyzje, które są przez nie podejmowane, lecz również pod kątem tego, jak kształtują obywateli, jak wpływają na ich zachowania.

Ta perspektywa zmienia bardzo wiele.

Zmusza do innego spojrzenia na samorząd. Przestaje on być wyłącznie systemem zarządzania lokalnymi usługami publicznymi. Staje się środowiskiem, w którym mieszkańcy uczą się demokracji – albo uczą się, że demokracja nie ma większego znaczenia. Od tego momentu rozmowa o samorządzie nabiera zupełnie nowego sensu.

Nie chodzi już tylko o to, czy rada gminy powinna mieć większe kompetencje od organu wykonawczego, czy sposób wyboru radnych jest właściwy, albo jak powinny wyglądać konsultacje społeczne. Wszystkie te kwestie stają się wtórne wobec pytania bardziej podstawowego.

JAK INSTYTUCJE SAMORZĄDOWE ROZWIJAJĄ
ZDOLNOŚĆ WSPÓLNOTY DO WSPÓLNEGO RZĄDZENIA?

Tak postawione pytanie prowadzi nas poza tradycyjny spór między demokracją przedstawicielską a bezpośrednią. Nie zmusza do wyboru między reprezentacją a partycypacją. Nie zakłada również, że istnieje jeden idealny model ustrojowy. Skłania natomiast do myślenia o demokracji jako o procesie projektowania relacji między ludźmi, instytucjami i doświadczeniami, które wspólnie tworzą kulturę polityczną.

To prowadzi do konkluzji, że dyskusję wychodzącą od tezy „mieszkańcy nie dorośli do demokracji”, zastąpić trzeba refleksją nad potrzebą zmian w samorządności. Trzeba się też pozbyć złudzeń, że efekty przyjdą natychmiast. Doświadczenia z „nową samorządnością” muszą przekonać mieszkańców, że nie jest to przelotny kaprys władzy lecz trwała praktyka, która ma sprzyjać zmianie dotychczasowego podejścia, nie tylko pojedynczych obywateli, ale ich znaczącej części.

Mimo to, takie podejście do rozmowy o samorządzie wydaje się nie tylko analitycznie poprawne, ale też uczciwe wobec mieszkańców.

 

Frak kontra kontusz, który tak trudno zdjąć…

31 lipiec 2026

Od czterystu mniej więcej lat trwa w Polsce ze zmienną intensywnością konflikt pomiędzy aspiracjami i reformatorskimi działaniami progresywnymi, na rzecz modernizacji kraju, a oporem środowisk zachowawczych oponentów broniących status quo. Obecna polaryzacja jest kolejną odsłoną tej historycznej konfrontacji, dostrzeganej już choćby przez pisarzy takich jak Krasicki, Fredro czy Mickiewicz.

 Dlaczego dzisiaj, w XXI w., wciąż tak trudno oswobodzić się z mentalnego kontusza, obowiązkowo z szablą u boku?
 

JAK TO BYŁO i SKĄD SIĘ WZIĘŁO?

Starcie kontusza z frakiem znowu trwa[1]. Frak, jak łatwo odkryć, symbolizuje tu wzorce, idee, praktyki, wynalazki itd. napływające na ziemie polskie z syntetycznie rozumianego Zachodu. I jest raczej „strojem” miejskim. Kontusz (plus szabla[2]), historycznie wiejski, to obrona przed tymi wpływami, czyli m.in. przed westernizacją, dla zachowania przeszłych, często archaicznych, form życia i działania. One są mocno zmitologizowane, bardziej wyobrażone niż faktyczne. Na gruncie partyjno-politycznym w „kontusz” można dziś w uproszczeniu „ubrać” obóz określający się jako „patriotyczny”, wspierany przez katolicki kler. A we „frak” – środowiska nazywające się „demokratyczne” i proeuropejskie. Ci pierwsi ogłaszają się oczywiście demokratami, a drudzy uważają się za patriotów jak najbardziej.

Stawianie pytania, dlaczego w ciągu ostatnich 35 lat wciąż nie daje się uwolnić od mentalnego kontusza wynika z irytacji i zniecierpliwienia – przewlekłością i niską skutecznością prób wdrożenia wielu nowoczesnych standardów do polskiego życia.

W ŚWIECIE CYWILIZOWANYM LICZNE PROGRESYWNE STANDARDY
DAWNO NIE SĄ PROBLEMEM, SĄ POWSZECHNE, U NAS – PRZECIWNIE.

Wydawałoby się, że zaistniały już warunki dla powodzenia modernizacji, jest wolność i nie ma na kogo zrzucić winy za niepowodzenie. Wkurw bierze się z widocznej nieudolności, nieskuteczności środowisk progresywnych, które wciąż nie są w stanie przełamać oporu bogoojczyźnianej, plemiennej, zaściankowej konserwy[3]. I przeprowadzić konsekwentną modernizację kraju, trwale i wszechstronnie włączającą Polskę do cywilizacji Zachodu.

 Rzut oka na przeszłe dzieje w publicystycznym skrócie: pierwszym tutejszym proeuropejskim reformatorem był Mieszko I, który przez chrzest przyłączający swoje terytoria do chrześcijańskiego Zachodu zapoczątkował ich głęboką modernizację. Wybór chrześcijaństwa zachodniego, łacińskiego (a nie wschodniego) determinował dalsze polskie dzieje. Od XIII w. trwają lokacje miast na tzw. prawie niemieckim, utrwalające uczestnictwo Polski w europejskim ładzie feudalnym, gdzie rola miast była znacząca. „Złoty” polski wiek XVI obok wolności religijnej (np. Konfederacja Warszawska z 1573 r.) to właśnie okres rozwoju miast i rozkwitu mieszczaństwa. Postępująca od XVII w. pacyfikacja miast (i mieszczaństwa) w interesie szlachty, blokująca ich rozwój na 300 lat, prowadziła do zacofania cywilizacyjnego kraju i jego słabości, co pomogło zaborom w XVIII w. Próby reform od poł. XVIII w. z Konstytucją 3 Maja były zbyt późne, za mało radykalne, zbyt powierzchowne, przy niewystarczającej konsekwencji i determinacji reformatorów[4]. 

W TOKU DZIEJÓW BYŁO MNIEJ WIĘCEJ TAK, JAK OBECNIE:
TRZY KROKI DO PRZODU, DWA DO TYŁU A JEDEN W BOK
WIELKI BYŁ WPŁYW DZIAŁAŃ ŚRODOWISK WSTECZNYCH, W TYM
KOŚCIELNEJ KONTRREFORMACJI NASILONEJ OD XVII W.

Położenie Polski między antagonistycznymi – pod względem kulturowym, politycznym, mentalnym  i cywilizacyjnym – obszarami Zachodu i Wschodu odgrywa tu swoją rolę. W tym taką, że ok. 150 lat rozbiorów przez mocarstwa należące do tych odmiennych porządków, do dziś uwidacznia się w Polsce przez ukształtowane wówczas różnice „dzielnicowe”. II RP, rządzona przez kilkaset rodów ziemiańskich nie ma tu dokonań, mimo dobrych początków w trudnych warunkach (np. wyborcze prawa kobiet). Pół wieku komuny i okupacji to zawieszenie konfrontacji fraka z kontuszem – na rzecz dominacji kufajki i walonek. Komuna, separująca Polskę od Zachodu przyniosła jednak radykalną modernizację – na ruską modłę. Pewnych zmian pozytywnych jednak dokonała – likwidacji analfabetyzmu; egalitarnego, społecznego awans mas; industrializacji i urbanizacji, choć koślawych. To, że obecne próby nowoczesnej modernizacji idą jak idą, nie powinno zatem w tym kontekście historycznym zaskakiwać. Mogłoby się wydawać, że po 1989 r. zaistniały najlepsze warunki dla transformacji Polski w duchu modernizmu. Tymczasem niemal natychmiast po upadku komuny ujawnił się z dużą siłą mentalny potencjał bogoojczyźnianego kontusza, także po stronie elit „reformatorów”[5].

 

GRZECHY NASZE GŁÓWNE

Jakie są słabości reformatorskich elit uważających się za progresywne, średnio skutecznie dążących do pełnej modernizacji Polski? Pewne oczywistości są chyba dość powszechnie dostrzegane: 

  • Brak odwagi w planowaniu i wprowadzaniu zmian, stąd niska skuteczność z powodu połowiczności działań/ zamierzeń. Lęk przed ryzykiem, brak konsekwencji i gotowości do poświęceń, chwiejność niepozwalająca iść na całość. Bywa trafny epitet: wykształciuchy-miękiszony pozbawione cojones.

WOLĄ ZACHOWAĆ CNOTĘ NIŻ DĄŻĄC DO CELU CIĘŻKO „ZGRZESZYĆ”,
NP. PRZECIW ZACHOWANIU SYMBOLICZNYCH POZORÓW,
WAŻNIEJSZA NIEWINNOŚĆ.

Dlaczego? To ludzie „małej wiary”, nie traktujący wartości modernizmu poważnie – raczej konformistycznie, jako odznakę przynależności do „słusznego” środowiska. Oponenci przeciwnie – są nawet fanatycznie przekonani do sprawy, nie mają skrupułów ani oporów, nie boją się ryzyka. Cel uświęca im środki. 

  • Powierzchowna proeuropejskość, płytka, objawowa a nie rozumiejąca, przenikliwa. Europa to zasób, głównie materialny, supermarket z którego czerpiemy ile się da ze znaczną zniżką. Publiczny przekaz dotyczący przynależności Polski do UE koncentruje się na korzyściach finansowych, jakie ono przysparza. O wspólnocie europejskich wartości, praw, idei które są podstawą i sednem Unii generalnie się nie wspomina, również jako argumentacji w dyskusjach na temat Europy. Wyjątkiem może wolność przemieszczania się w Strefie Schengen. Bogoojczyźniana opozycja albo europejskie wartości przemilcza, albo je wyszydza (lewactwo, komunizm), i tropi potknięcia w działaniu UE. 
  • Pozycja na klęczkach (lub choćby przyklęku) wobec kościoła. Jedynie werbalna afirmacja świeckiego państwa oddzielonego od kościoła i religii, podobnie rytualna krytyka nadużyć kościoła i wyczynów (w tym kryminalnych jak pedofilia) duchownych, pijaństwa, swobody seksualnej, pazerności itd. Oficjalny sprzeciw wobec ingerowania kościoła w państwo i politykę nie przeszkadza bojaźliwemu uleganiu jego presji przy konkretnych politycznych decyzjach i udziałowi w rytuałach kościelno-państwowych. Bogoojczyźniana konserwa podchodzi do kościoła z cynicznym pragmatyzmem, czyli płacąc za jego poparcie a rzadkie religijne morały ignoruje. Kościołowi jest mocno po drodze z tymi formacjami. 
  • Powszechny w Polsce paternalizm obejmuje środowiska progresywne, tyle że przejawia się tam subtelniej niż wśród bogoojczyźnianej konserwy – pogarda i poczucie wyższości nie są tak jawnie i bezczelnie demonstrowane.

PATERNALIZM PANUJE W RODZINIE, W PRACY, KOŚCIELE, SZKOLE,
POLITYCE, AKADEMII I IN. NIKT NIKOGO NIE SŁUCHA:
RODZICE SWOICH DZIECI, SZEFOWIE PRACOWNIKÓW, KAPŁANI WIERNYCH,
NAUCZYCIELE UCZNIÓW i STUDENTÓW, POLITYCY OBYWATELI-WYBORCÓW.
PRZEKAZ PŁYNIE TYLKO W JEDNYM KIERUNKU: „Z GÓRY” „NA DÓŁ”.

W kraju panują stosunki postfeudalne. Standardy dotyczące polityki w środowiskach „demokratycznych” nie się różnią od innych: w partiach, samorządach i instytucjach panuje mało demokratyczny wodzowski styl zarządzania, demokracja kończy się na wyborach, a oddolna aktywność obywateli (np. referenda) jest traktowana jak zagrożenie dla status quo, czyli utrwalonych przywilejów elity.  

  • Polską rządzi egoistyczny partykularyzm partii, środowisk, grup, NGSów. Przy niskim zaufaniu społecznym i powszechnej podejrzliwości uniemożliwia to zawierzenie, iż ktokolwiek altruistycznie działa w imię dobra wspólnego i wyższych celów. Im bardziej szlachetne deklaracje, tym gorzej. Współpraca dla dobra wspólnego stała się przez to bardzo trudna. Egoizm indywidualny czy grupowy stał się cnotą, a rywalizacja egoizmów ma być zasadą organizującą życie społeczne. To jest quasi-liberalne dokonanie uderzające w więź wspólnotową. Nieograniczona walka wszystkich ze wszystkimi premiuje najsilniejszych, którzy tworzą wspierające się koterie wykluczające słabszych i przejmujące władzę. Razem z postfeudalnym paternalizmem kreuje to hierarchie społeczne, pionową strukturę społecznych nierówności, wykluczającą egalitarne partnerstwo. Stąd zdołowany w parterze lud prosty odwraca się od modernistycznej transformacji jako niesprawiedliwej, upokarzającej, wykluczającej, demontującej więzi międzyludzkie, na czym traci. I w konsekwencji popiera populizm. To także spora „zasługa” progresywnych elit, stojących za polską transformacją. 
  • Lenistwo, nie dość inteligencji i kompetencji umożliwiających rozumienie polityki jako gry sił realnych, a nie sfery pobożnych życzeń i naiwnych oczekiwań. Wizja modernizacyjnej transformacji traci poparcie, ale jej podmioty nie rozumieją tego powodów.

PROGRESYWNE ŚRODOWISKA PRZEGRAŁY SERIĘ WYBORÓW
WSZYSTKICH SZCZEBLI. DOTĄD JEDNAK NIE PRZEPROWADZIŁY
SAMOKRYTYCZNEJ, RZETELNEJ ANALIZY PRZYCZYN PORAŻEK –
POZA ZŁORZECZENIAMI POD ADRESEM PRZECIWNIKÓW.

Skuteczniejszej, bo inteligentniej rozpoznającej społeczne oczekiwania i nastroje? Teraz otrzymujemy odroczony rachunek za naiwne, uproszczone wyobrażenia na temat tego, jak działa i jak się kształtuje demokracja, progresywne społeczeństwo, społeczna gospodarka rynkowa, itd.. Niemłode tłuste koty rządzące od lat progresywnymi środowiskami nie są w stanie zmierzyć się intelektualnie z nowymi wyzwaniami. Nie chodzi tylko o wiek, choć zapewne ma on swoje znaczenie... Mamy w rezultacie demokrację dryfującą, o której nie wiadomo, dokąd ją prądy zniosą. I jest leniwa (po stronie „progresywnej”) wola utrzymania władzy. Show must go on ale propaganda oklepanych banałów nie zastąpi wysiłku zrozumienia obecnych wyzwań i zaplanowania na nie reakcji. Samo się nie zrobi.

 

KOMENTARZ UZUPEŁNIAJĄCY

Kluczowe są tu pojęcia modernizacji i modernizmu. Czy konsekwentna, strategiczna modernizacja (czyli głęboka zmiana społeczna i cywilizacyjna) może się w ogóle dokonywać bez przemeblowania głowy? I nie tylko elit, także w jakimś stopniu ludu prostego… Czy ta niezmodernizowana zawartość głów polskich wykształciuchów, uważających się za progresywnych i proeuropejskich, ich nastawienia, uprzedzenia i lęki nie są odpowiedzialne za powierzchowność i jednostronność, więc słabość, obecnej polskiej modernizacji? Zwłaszcza w kontekście wynikającego z badań rozpoznania, iż ogół ludu prostego jest pod wieloma względami całkiem progresywny, bardziej niż tutejsze elity… Czy żeby dokonała się faktyczna modernizacja kraju może wystarczyć budowa autostrad, lotnisk, fabryk i innej infrastruktury, plus banki, supermarkety i.te.pe? 

Przemysław Czapliński[6] ukazał specyficzną polską jakość rozwojową: modernizację bez modernizmu. Czy u podłoża tego stanu rzeczy nie leży słabość, albo wręcz brak oświecenia w Polsce jako procesu, który przeorałby elity duchowo i intelektualnie, jak na Zachodzie? Istnieje pogląd o „przedłużonym średniowieczu” w Polsce trwającym do końca II wojny światowej (np. Andrzej Leder, „Prześniona rewolucja” – II RP rządziło kilkaset rodów ziemiańskich, jak za królów)… Modernizację rozumiemy tu więc nie tylko jako materialną transformację cywilizacyjną polegającą na powstawaniu nowoczesnej infrastruktury, w czym swoje zasługi miały już władze państw zaborczych, budujących przemysł, kolej, kanalizację, elektrownie itd.

MODERNIZACJA MA ZA INTELEKTUALNĄ PODSTAWĘ MODERNIZM, CZYLI MA TEŻ
WYMIAR DUCHOWY, MENTALNY, POLITYCZNY, OBYCZAJOWY, SPOŁECZNY,
WYZNACZONY PRZEZ PROGRESYWNE WARTOŚCI OŚWIECENIA.

To rewolucyjna triada aksjologiczna: Wolność-Równość-Solidarność, będąca źródłem logiki praw człowieka, w tym praw mniejszości, standardów demokracji liberalnej.Potem – trójpodziału władzy, tolerancji i akceptacji dla odmienności, praw pracowniczych i socjalnych, wolności słowa, zgromadzeń, religii itd. 

Wg Andrzeja Ledera (źródło jak wyżej) podczas II wojny światowej na ziemiach polskich okupanci ze wschodu i zachodu dokonali rewolucji społecznej, bez aktywnego udziału, a nawet pełnej świadomości tutejszej ludności. Wyeliminowali, także fizycznie, większość starych postfeudalnych elit, miejskich i wiejskich, obok z mniejszości żydowskiej. Następnie wymuszona ruska modernizacja zawiesiła konfrontację fraka z kontuszem. Dopiero po 1989 r. w nowych warunkach politycznych i społecznych, ta konfrontacja odżyła. Oświeceniowe wartości progresywnej modernizacji jak widać niezbyt się wcześniej przyjęły, mimo odejścia starych elit i kadr. Obecnie ekspandujący nacjonalizm, z ksenofobią, antysemityzmem, rasizmem, faszyzującym autorytaryzmem niezbyt spotyka się z twardą, odprawą elit, które odrzucałyby te archaiczne, zaściankowe wizje urządzania kraju i życia. Mentalny kontusz z szablą coraz bardziej jest powszechny.

 

Nasze „progresywne” elity chcą nowoczesności, ale bez przesady, tak nie do końca, nie w pełni, bez ponoszenia kosztów i konieczności nieprzyjemnych zmian, patrz wyżej. Nam wszystkim przychodzi za to płacić.

 

[1] Nie powinno się zapominać ani lekceważyć chłopskiej sukmany w tej konfrontacji, choć tu sytuacja nie jest jasna. Napoleon noszący wszak frak zniósł poddaństwo chłopów na ziemiach polskich już w 1808 r. A definitywnie pańszczyznę znosiły nie „kontusze” tylko zaborcy w latach 1811-1864, najwcześniej w zaborze pruskim.

[2] Motyw szabli w polskiej mitologii patriotycznej jest niezwykle ważny, ale nie będzie tu rozwijany, bo otwiera obszar narracyjny leżący nieco z boku głównego wątku, wyznaczany przez bezsensowną bohaterszczyznę, podpartą narodową martyrologią. Ale zapytajmy – czy liczenie „szabel” przez ugrupowania w Sejmie, Senacie, radach miejskich i gminnych, powiatowych i sejmikach wojewódzkich jest wyłącznie pustym zabiegiem językowym?

[3] Ostatnio nasilenie bogoojczyźnianego, antyeuropejskiego przekazu jakby rośnie.

[4] Symboliczne było odstąpienie króla Stanisława A. Poniatowskiego od Konstytucji 3 Maja i jego akces do konfederacji targowickiej, przy sprzeciwie Tadeusza Kościuszki i ks. Józefa Poniatowskiego.

[5] Warto przypomnieć kolejne regulacje prawne będące „prezentem” dla kościoła od rządu Mazowieckiego (ws. religii w szkołach, aborcji, rozwodów, potem in vitro, antykoncepcji, zapisów o dominacji wartości chrześcijańskich w ustawach itd.).

[6] Za publikacją https://blog.polityka.pl/antymatrix/2016/05/29/duma-i-wstyd-przemyslaw-czaplinski-w-natarciu/

 

 

Referendalne tsunami

30 lipiec 2026

Czy mieszkańcy powinni mieć coś do powiedzenia w sprawie zarządzania miastem i gminą? To pytanie bardziej niż retoryczne. Oczywiście, że tak.

 A w jaki to sposób mogą to uczynić? No mogą brać udział w konsultacjach – odpowiedzą ochoczo praktycy partycypacji. Ale zaraz, zaraz, konsultacje dają prawo tylko do bycia wysłuchanym. Nie dają prawa do decydowania o czymkolwiek. Poza wyborami raz na 5 lat, mieszkańcy mają więc tylko dwie okazje do decydującego głosu o swojej miejscowości:
● budżet obywatelski,
● referendum lokalne.

To pierwsze najczęściej dotyczy nie więcej niż pół procenta budżetu. Jak na uprawnienia podmiotu, na którego woli opiera się cała samorządność, to kompromitująco mało. Pozostają więc referenda. To praktycznie jedyne poważne narzędzie egzekwowania prawa do decydowania o losie wspólnoty, jakie zostawiono mieszkańcom pomiędzy wyborami.

Tymczasem jak tylko referendum zakończy się odwołaniem wójta, burmistrza, czy prezydenta, rozlega się lament o destabilizacji zarządzania, utrudnianiu pracy urzędu itp. Okazją do takich komentarzy było także odbyte niedawno referendum w Krakowie.

Czy rzeczywiście mamy do czynienia z nasileniem się takich inicjatyw w Polsce? Przyjrzyjmy się danym.

Na początek kilka statystyk porównawczych. Jeśli weźmiemy pod uwagę referenda dotyczące odwołania organu wykonawczego gminy, czyli wójta, burmistrza, prezydenta miasta, to w poszczególnych kadencjach wyglądało to tak:

Kadencja                            Liczba referendów                  Liczba odwołań

2910 – 2014                                       61                                          12

2014 – 2018                                       114                                        15

2018 – 2024                                       64                                          9

2024 – 2029*                                     46                                          3

*do lipca 2026

 

W ciągu ostatnich 20 lat wskaźnik skuteczności referendów odwoławczych wyniósł 13,4%. Jeśli dodać do tego przypadki, w których inicjatorom nie udało się w ogóle zebrać dostateczniej liczby podpisów pod wnioskiem, to udane referenda będą stanowić zaledwie kilka procent ogólnej liczby inicjatyw referendalnych. przypadków.

Jak na tym tle wygląda rok bieżący?

Od stycznia do lipca 2026 mieliśmy następujące głosowania:

 

Miejscowość/             Powiat                 Wymagana        Osiągnięta

organ                                                        frekwencja        frekwencja       

Kosakowo – wójt            pucki                     4 514                     4 050

Stare Juchy - wójt           ełcki                      963                        236

Jemielno – wójt              górowski                639                        542

Kołaczkowo – wójt         wrzesiński               1 377                     820

Czaplinek – burmistrz     drawski                   2 376                     936

Nowosolna – rada          łódzki wsch.             528                     1 944

Przechlewo – wójt         człuchowski             1 661                   1 126

Gniewkowo – rada         inowrocławski          3 222                  1 504

Gniewkowa – burm.      inowrocławski           2 878                  1 519

Radłowo-burmistrz        tarnowski                 2 452                    595

Sobótka – rada             wrocławski               3 195                   3 123

Sobótka – burmistrz      wrocławski               2 744                   3 128

Lanckorona – wójt         wadowicki               1 755                     238

Ciechocinek – burm.      Aleksandrów            2 123                   2 089

Kraków – rada               Kraków                179 792                 174 723

Kraków – prezydent       Kraków                158 555              176 228

Krzyż Wlkp.-burmistrz     czarnkowski            1 872                    1 660

Pionki – burmistrz          radomski                 3 934                    1 273

Wilczęta – wójt              braniewski               755                        209

Pszów – rada                 wodzisławski           2 750                     1 276

Pszów – burmistrz          wodzisławski           2 750                     1 279

Górno – rada                 kielecki                   4 148                     3 834

Witnica – burmistrz        gorzowski               3 050                     1 106

Działoszyce – burm.       pińczowski              1 643                     521

Działoszyce – rada         pińczowski              4 148                     3 834

 

Referenda w 20 miejscowościach w ciągu 7 miesięcy, to wynik imponujący. Jeśli to tempo zostanie utrzymane, mamy szanse zbliżyć się w trakcie 5-letniej kadencji do rekordowego wyniku 200 głosowań.

Co jeszcze mówi nam powyższa tabela? Mamy w niej przede wszystkim mniejsze miejscowości. Duże i średnie miasta, które przykuwają uwagę ogólnopolskich mediów, to wyjątki. Praktycznie to tylko Kraków. Bohaterami tych wydarzeń było 7 wójtów, 10 burmistrzów, jeden prezydent i 6 rad miasta/ gminy.

Najważniejszy jednak wniosek pokazują pola w których wyniki zapisane zostały boldem, czyli czcionką półgrubą. Są to miasta, gdzie organ został ostatecznie odwołany. Tych przypadków było słownie dwa (burmistrz Sobótki i prezydent Krakowa). Idziemy więc na rekord w liczbie, ale nie w jakości procesów odwoławczych.

W małych miejscowościach rzadko jest obecne rozwinięte społeczeństwo obywatelskie i silne struktury opozycyjne. Na porządku dziennym jest presja wywierana przez lokalną władzę, manipulowanie wyborcami i uzależnianie środowisk opiniotwórczych. W takich okolicznościach, pójście na oczach wszystkich do lokalu wyborczego, gdy wójt wzywa do pozostania w domu, to akt heroizmu.

Progi frekwencyjne są podstawowym orężem broniącym „włodarzy” przed gniewem ludu. Gdyby ich nie było, walka byłaby bardziej uczciwa. Byłoby też miejsce na debatę. Dziś wójt uruchamia swój mechanizm presji, by skłonić mieszkańców do bierności i to w większości przypadków wystarcza. Spośród 19 referendów w mniejszych miejscowościach udało się tylko jedno.

Nie trudno zauważyć z jak trudnym wyzwaniem mierzą się inicjatorzy lokalnych referendów. Sam fakt, że podejmują to wyzwanie, jest sygnałem, że w miejscowości dzieje się źle, że podnosi się bunt lub chociażby niezadowolenie.

Tymczasem organizatorzy referendów są zdani sami na siebie. Nikt nie sieciuje takich inicjatyw, nie kumuluje się doświadczenie, na którym inni mogliby się nauczyć jak uniknąć błędów lub jak powtórzyć sukces.

Na sierpień zapowiedziano już trzy referenda (Mszana Dolna, Jedlińsk i powiat kolbuszowski), a we wrześniu będą co najmniej dwa (Sochaczew i Łagów).

Warto podać lokalnym fighterom pomocną dłoń.

 

Zapraszamy na grupę Facebookową NO KINGS

 

Zamach na Jaśkowiaka, i okolice. Pierdolnik miejski bis.

16 lipiec 2026

Zamachnięcie się miało miejsce podczas absolutoryjnej sesji Rady Miasta Poznania, jakiś czas temu, choć skutki wciąż rosną. Ofiarą zamachu okazał się przede wszystkim prezydencki garniak (ponoć za 4 k€), obok zranionego i obnażonego EGO Dżej Dżeja[1]. Był to najpewniej właściwy cel „zamachu”, który pod tym względem przychodzi uznać za skuteczny.

Rusza projekt „Porozumienie na rzecz skutecznej partycypacji”

05 lipiec 2026

Skutecznej, to znaczy jakiej? Chyba nie takiej gdzie można się do woli wygadać, kreatywnie podyskutować, ale nic z tego nie wynika.

Adres korespondencyjny:
Związek Stowarzyszeń KONGRES RUCHÓW MIEJSKICH
80-236 Gdańsk, Aleja Grunwaldzka 5 
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Konto bankowe: 76 1600 1462 1887 8924 3000 0001
NIP: 779 246 16 30
KRS: 0000671496