Z wykształcenia socjolog. Pracował w mediach, był m.in. dyrektorem Biura Reklamy TVP. Założył w Łomiankach ruch miejski DIALOG. Współtwórca lokalnego porozumienia, które w 2018 r. wygrało wybory na burmistrza i uzyskało większość w radzie miejskiej. W tym okresie pełnił funkcję wiceburmistrza Łomianek. Inicjator badań SKANER SAMORZĄDNOŚCI i prac nad zmianami w samorządzie terytorialnym SAMORZĄDNOŚĆ 2.0. Współautor książki O pustyni samorządności i jej rewitalizacji. Członek zarządu Kongresu Ruchów Miejskich drugiej kadencji, prezes zarządu V kadencji, obecnie wiceprezes.
Zamiast zaczynać od „mieszkańcy nie dorośli do demokracji” trzeba spojrzeć na przyczyny stanu rzeczy, który nas niepokoi. Prawdziwy problem leży w tym, czego od samorządu miast i gmin oczekujemy i co trzeba w nim zmienić.
Typowa dyskusja w tym obszarze sprowadza się do pytania o inwestycje. Czy szybko budują, ile asfaltu wylano, co nowego powstało? To jest ukształtowana przez dziesięciolecia perspektywa oceny władz samorządowych. Tymczasem w wielu miejscowościach prawdziwe wyzwania zaczynają wyglądać inaczej: jak zapełnić wybudowane już wielkie obiekty, jak zmienić ich funkcje, lub znaleźć środki na ich utrzymanie, czy wreszcie – jak zaadresować nowe potrzeby?
Jeśli chcielibyśmy spojrzeć na samorząd nie z perspektywy kampanii wyborczych, ale tak jak patrzyli na reformę jej twórcy, to trzeba przyjąć mniej populistyczny punkt widzenia.
Starając się odtworzyć ich tok rozumowania, można przyjąć, że uznali iż nakazowo-rozdzielczy sposób zarządzania należy zastąpić mechanizmem bardziej demokratycznym. Czyli takim, który u swej podstawy ma wolę mieszkańców. Następnie zbudowano konstrukcję szeregu instytucji, opartych na tym założeniu. Tak stworzony system, z licznymi niestety modyfikacjami psującymi jego logikę, działa do dziś.
To co w nim niepokoi, to nie tylko wspomniane wypaczenia, ale podstawa konstrukcji, czyli rola mieszkańców. W wyborczych decyzjach obywateli, nie tylko zresztą w Polsce, odnajdujemy coraz więcej uznania dla antydemokratycznych rozwiązań, dla odrzucania trójpodziału władzy, check and balance, czy zasady pomocniczości (subsydiarności). Na poziomie samorządu widzimy natomiast przejawy partykularyzmu i niechęci do myślenia w kategoriach wspólnoty.
WBREW POZOROM PRZYCZYNĄ NIE JEST
EGOIZM OBYWATELI. MAMY PROBLEM PONIEWAŻ
ŹLE ZAPROJEKTOWANE INSTYTUCJE UCZĄ ZACHOWAŃ,
KTÓRYCH PÓŹNIEJ SAME STAJĄ SIĘ OFIARĄ.
To zdanie wymaga rozwinięcia.
Przywykliśmy myśleć o instytucjach jako o narzędziach podejmowania decyzji. Tymczasem każda instytucja robi coś jeszcze. Każdego dnia uczy obywateli, jak funkcjonuje wspólnota i jaka jest ich w niej rola.
Jeżeli mieszkaniec wielokrotnie doświadcza, że jego udział ogranicza się do zgłaszania uwag, których nikt nie wykorzystuje, uczy się bierności. Jeżeli obserwuje, że o powodzeniu inicjatywy decydują przede wszystkim relacje polityczne, uczy się klientelizmu. Jeżeli widzi, że skuteczność wymaga przede wszystkim obrony własnego interesu, uczy się partykularyzmu.
Instytucje demokratyczne należy oceniać nie tylko ze względu na decyzje, które są przez nie podejmowane, lecz również pod kątem tego, jak kształtują obywateli, jak wpływają na ich zachowania.
Ta perspektywa zmienia bardzo wiele.
Zmusza do innego spojrzenia na samorząd. Przestaje on być wyłącznie systemem zarządzania lokalnymi usługami publicznymi. Staje się środowiskiem, w którym mieszkańcy uczą się demokracji – albo uczą się, że demokracja nie ma większego znaczenia. Od tego momentu rozmowa o samorządzie nabiera zupełnie nowego sensu.
Nie chodzi już tylko o to, czy rada gminy powinna mieć większe kompetencje od organu wykonawczego, czy sposób wyboru radnych jest właściwy, albo jak powinny wyglądać konsultacje społeczne. Wszystkie te kwestie stają się wtórne wobec pytania bardziej podstawowego.
JAK INSTYTUCJE SAMORZĄDOWE ROZWIJAJĄ
ZDOLNOŚĆ WSPÓLNOTY DO WSPÓLNEGO RZĄDZENIA?
Tak postawione pytanie prowadzi nas poza tradycyjny spór między demokracją przedstawicielską a bezpośrednią. Nie zmusza do wyboru między reprezentacją a partycypacją. Nie zakłada również, że istnieje jeden idealny model ustrojowy. Skłania natomiast do myślenia o demokracji jako o procesie projektowania relacji między ludźmi, instytucjami i doświadczeniami, które wspólnie tworzą kulturę polityczną.
To prowadzi do konkluzji, że dyskusję wychodzącą od tezy „mieszkańcy nie dorośli do demokracji”, zastąpić trzeba refleksją nad potrzebą zmian w samorządności. Trzeba się też pozbyć złudzeń, że efekty przyjdą natychmiast. Doświadczenia z „nową samorządnością” muszą przekonać mieszkańców, że nie jest to przelotny kaprys władzy lecz trwała praktyka, która ma sprzyjać zmianie dotychczasowego podejścia, nie tylko pojedynczych obywateli, ale ich znaczącej części.
Mimo to, takie podejście do rozmowy o samorządzie wydaje się nie tylko analitycznie poprawne, ale też uczciwe wobec mieszkańców.
Czy mieszkańcy powinni mieć coś do powiedzenia w sprawie zarządzania miastem i gminą? To pytanie bardziej niż retoryczne. Oczywiście, że tak.
A w jaki to sposób mogą to uczynić? No mogą brać udział w konsultacjach – odpowiedzą ochoczo praktycy partycypacji. Ale zaraz, zaraz, konsultacje dają prawo tylko do bycia wysłuchanym. Nie dają prawa do decydowania o czymkolwiek. Poza wyborami raz na 5 lat, mieszkańcy mają więc tylko dwie okazje do decydującego głosu o swojej miejscowości:
● budżet obywatelski,
● referendum lokalne.
To pierwsze najczęściej dotyczy nie więcej niż pół procenta budżetu. Jak na uprawnienia podmiotu, na którego woli opiera się cała samorządność, to kompromitująco mało. Pozostają więc referenda. To praktycznie jedyne poważne narzędzie egzekwowania prawa do decydowania o losie wspólnoty, jakie zostawiono mieszkańcom pomiędzy wyborami.
Tymczasem jak tylko referendum zakończy się odwołaniem wójta, burmistrza, czy prezydenta, rozlega się lament o destabilizacji zarządzania, utrudnianiu pracy urzędu itp. Okazją do takich komentarzy było także odbyte niedawno referendum w Krakowie.
Czy rzeczywiście mamy do czynienia z nasileniem się takich inicjatyw w Polsce? Przyjrzyjmy się danym.
Na początek kilka statystyk porównawczych. Jeśli weźmiemy pod uwagę referenda dotyczące odwołania organu wykonawczego gminy, czyli wójta, burmistrza, prezydenta miasta, to w poszczególnych kadencjach wyglądało to tak:
Kadencja Liczba referendów Liczba odwołań
2910 – 2014 61 12
2014 – 2018 114 15
2018 – 2024 64 9
2024 – 2029* 46 3
*do lipca 2026
W ciągu ostatnich 20 lat wskaźnik skuteczności referendów odwoławczych wyniósł 13,4%. Jeśli dodać do tego przypadki, w których inicjatorom nie udało się w ogóle zebrać dostateczniej liczby podpisów pod wnioskiem, to udane referenda będą stanowić zaledwie kilka procent ogólnej liczby inicjatyw referendalnych. przypadków.
Jak na tym tle wygląda rok bieżący?
Od stycznia do lipca 2026 mieliśmy następujące głosowania:
Miejscowość/ Powiat Wymagana Osiągnięta
organ frekwencja frekwencja
Kosakowo – wójt pucki 4 514 4 050
Stare Juchy - wójt ełcki 963 236
Jemielno – wójt górowski 639 542
Kołaczkowo – wójt wrzesiński 1 377 820
Czaplinek – burmistrz drawski 2 376 936
Nowosolna – rada łódzki wsch. 528 1 944
Przechlewo – wójt człuchowski 1 661 1 126
Gniewkowo – rada inowrocławski 3 222 1 504
Gniewkowa – burm. inowrocławski 2 878 1 519
Radłowo-burmistrz tarnowski 2 452 595
Sobótka – rada wrocławski 3 195 3 123
Sobótka – burmistrz wrocławski 2 744 3 128
Lanckorona – wójt wadowicki 1 755 238
Ciechocinek – burm. Aleksandrów 2 123 2 089
Kraków – rada Kraków 179 792 174 723
Kraków – prezydent Kraków 158 555 176 228
Krzyż Wlkp.-burmistrz czarnkowski 1 872 1 660
Pionki – burmistrz radomski 3 934 1 273
Wilczęta – wójt braniewski 755 209
Pszów – rada wodzisławski 2 750 1 276
Pszów – burmistrz wodzisławski 2 750 1 279
Górno – rada kielecki 4 148 3 834
Witnica – burmistrz gorzowski 3 050 1 106
Działoszyce – burm. pińczowski 1 643 521
Działoszyce – rada pińczowski 4 148 3 834
Referenda w 20 miejscowościach w ciągu 7 miesięcy, to wynik imponujący. Jeśli to tempo zostanie utrzymane, mamy szanse zbliżyć się w trakcie 5-letniej kadencji do rekordowego wyniku 200 głosowań.
Co jeszcze mówi nam powyższa tabela? Mamy w niej przede wszystkim mniejsze miejscowości. Duże i średnie miasta, które przykuwają uwagę ogólnopolskich mediów, to wyjątki. Praktycznie to tylko Kraków. Bohaterami tych wydarzeń było 7 wójtów, 10 burmistrzów, jeden prezydent i 6 rad miasta/ gminy.
Najważniejszy jednak wniosek pokazują pola w których wyniki zapisane zostały boldem, czyli czcionką półgrubą. Są to miasta, gdzie organ został ostatecznie odwołany. Tych przypadków było słownie dwa (burmistrz Sobótki i prezydent Krakowa). Idziemy więc na rekord w liczbie, ale nie w jakości procesów odwoławczych.
W małych miejscowościach rzadko jest obecne rozwinięte społeczeństwo obywatelskie i silne struktury opozycyjne. Na porządku dziennym jest presja wywierana przez lokalną władzę, manipulowanie wyborcami i uzależnianie środowisk opiniotwórczych. W takich okolicznościach, pójście na oczach wszystkich do lokalu wyborczego, gdy wójt wzywa do pozostania w domu, to akt heroizmu.
Progi frekwencyjne są podstawowym orężem broniącym „włodarzy” przed gniewem ludu. Gdyby ich nie było, walka byłaby bardziej uczciwa. Byłoby też miejsce na debatę. Dziś wójt uruchamia swój mechanizm presji, by skłonić mieszkańców do bierności i to w większości przypadków wystarcza. Spośród 19 referendów w mniejszych miejscowościach udało się tylko jedno.
Nie trudno zauważyć z jak trudnym wyzwaniem mierzą się inicjatorzy lokalnych referendów. Sam fakt, że podejmują to wyzwanie, jest sygnałem, że w miejscowości dzieje się źle, że podnosi się bunt lub chociażby niezadowolenie.
Tymczasem organizatorzy referendów są zdani sami na siebie. Nikt nie sieciuje takich inicjatyw, nie kumuluje się doświadczenie, na którym inni mogliby się nauczyć jak uniknąć błędów lub jak powtórzyć sukces.
Na sierpień zapowiedziano już trzy referenda (Mszana Dolna, Jedlińsk i powiat kolbuszowski), a we wrześniu będą co najmniej dwa (Sochaczew i Łagów).
Warto podać lokalnym fighterom pomocną dłoń.
Zapraszamy na grupę Facebookową NO KINGS
12 maja odbyła się na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego konferencja pod intrygującym tytułem „Funkcjonowanie samorządu terytorialnego w Polsce – między działaniem a deklaracją”. Obok takiego wyzwania nie mogliśmy przejść obojętnie. Oto, co powiedzieliśmy.
Dlaczego ta strategia nie rozwiązuje jednego z fundamentalnych problemów rozwojowych Polski? Odpowiedź jest prosta: bo go nie dostrzega. Pretekstem jest fragment rozdziału 3.5. „Skutecznie działająca administracja”, ale problem widać w wielu miejscach.
Mamy w Polsce setki a może i tysiące osób zajmujących się partycypacją. Co z tego wynika, i dlaczego tak mało?
Co ma wspólnego niedawno zmarły wybitny niemiecki myśliciel, filozof, socjolog i publicysta JÜRGEN HABERMAS z uprawnieniami wójta/ burmistrza/ prezydenta, z niezależnością rady miasta, czy budżetami obywatelskimi?
W wykazie prac legislacyjnych rządu widnieje projekt zmian mających likwidować bariery w funkcjonowaniu samorządu terytorialnego. Wiele szczegółowych rozwiązań zasługuje na pochwałę, ale nie całe przedsięwzięcie.
Obecne ograniczenie do dwóch kadencji maksymalnego okresu sprawowania władzy przez wójtów, burmistrzów i prezydentów miast doprowadzi do prawdziwego armagedonu. Zagrożone zostanie bezpieczeństwo państwa, naruszona Konstytucja, obywatele stracą należne im prawa, a setki kompetentnych menadżerów zostanie zastąpionych przez miernoty. Taki obraz rysują „włodarze” polskich miast i gmin w kontekście utrzymania się ustawy o dwukadencyjności.
Dlaczego świat skłania się ku rządom autorytarnym?
Wyjaśnienie jest tyle proste, co ponure. Odchodzimy od demokracji, bo ludzie się jej nie domagają, a nie domagają się, bo jedyna demokracja jaką znają, to demokracja pozorna. Ta zaś którą obserwują z bliska to demokracja lokalna. I ona w sposób szczególny przekonuje wszystkich, że demokracją w ogóle nie warto sobie zawracać głowy.
Zabiegasz o regulacje korzystne dla jakiego środowiska biznesowego, czy innej grupy interesów i musisz zbudować argumentację, że to jest w interesie społecznym. Jak to najłatwiej zrobić? Zaprosić organizacje pozarządowe.