Krakowskie referendum powinno cieszyć każdego zwolennika demokracji bezpośredniej. Mieszkańcy poszli do urn i zdecydowali. 97,93 proc. głosujących opowiedziało się za odwołaniem prezydenta. Głosowanie w sprawie odwołania prezydenta było ważne, prezydent stracił stanowisko.
Tego samego dnia mieszkańcy głosowali nad odwołaniem Rady Miasta Krakowa. Za było 96,16 proc. głosujących. Rada jednak została, bo zabrakło wymaganej frekwencji. Dwa pytania. Ten sam dzień. Ta sama społeczność. Niemal identyczny wynik. W jednym przypadku władza została odwołana, w drugim nie.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się rozmowa o tym, jak naprawdę działają referenda lokalne. Problem może nie polegać na braku chęci do decydowania, lecz na tym, że sam wynik głosowania nie zawsze wystarcza. Czasem ważniejszy okazuje się próg frekwencyjny.
Referendum odwoławcze przypomina rzecz podstawową: mandat wyborczy nie jest święty. Wójt, burmistrz czy prezydent miasta nie dostaje politycznej nietykalności na całą kadencję. Źródłem jego władzy są mieszkańcy i to mieszkańcy powinni mieć możliwość powiedzenia: DOŚĆ.
Tyle teoria. W praktyce trzeba zorganizować inicjatywę, zebrać podpisy, przejść procedury i osiągnąć próg frekwencyjny. W praktyce trzeba też znaleźć ludzi, czas i środki na kampanię. W przypadku odwołania organu pochodzącego z wyborów bezpośrednich referendum jest ważne, gdy uczestniczy w nim co najmniej trzy piąte liczby osób, które brały udział w jego wyborze.
Efekt? Można uzyskać 95 procent głosów za odwołaniem i… nikogo nie odwołać. W Jemielnie za odwołaniem wójta opowiedziało się 96,49 proc. głosujących. Referendum było nieważne. W Ciechocinku za odwołaniem burmistrza zagłosowało 95,93 proc. uczestników. Referendum było nieważne. W Radłowie 560 osób powiedziało „tak”, 35 „nie”. Około 94 proc. ważnych głosów było za odwołaniem. Referendum było nieważne.
Można powiedzieć: ci, którzy nie przyszli, też dokonali wyboru. Można bronić zasady, że przerwanie kadencji wymaga szczególnie mocnej legitymacji. Ale wtedy trzeba uczciwie przyznać: nieobecność może mieć większą moc niż głos oddany przy urnie.
W praktyce decyzja zapada więc na dwóch poziomach. Pierwszy to głosy oddane przy urnie: „odwołać czy nie?”. Drugi wynika z frekwencji. Jeśli zbyt wiele osób zostanie w domu, wynik głosowania może nie wywołać skutku prawnego.
CIECHOCINEK: ZABRAKŁO 28 OSÓB
Ciechocinek pokazuje absurd tego mechanizmu wyjątkowo wyraźnie.
Do ważności referendum potrzebnych było 2123
uczestników. Przyszło 2095. Zabrakło 28 osób.
Za odwołaniem burmistrza głosowały 2004 osoby. Przeciw było 85.
Nie trzeba było przekonać kolejnych setek mieszkańców. Nie trzeba było zmienić opinii wyborców. Wystarczyło, żeby przyszło jeszcze 28 osób. To nie jest argument za odwołaniem burmistrza Ciechocinka. To argument za tym, żeby przestać udawać, że próg frekwencyjny jest technicznym szczegółem.
Próg często rozstrzyga, czy głos mieszkańców ma skutek, czy trafia do statystyki. Próg ma swoje uzasadnienie: chroni stabilność władzy i zapobiega sytuacji, w której niewielka, bardzo zmobilizowana grupa doprowadza do skrócenia kadencji organu wybranego w wyborach. Tego argumentu nie wolno lekceważyć, ale nie wolno też używać go jak zaklęcia.
Jeżeli 95 czy 96 procent uczestników mówi „odwołać”, a referendum upada z powodu frekwencji, trzeba zapytać, czy proporcje między stabilnością władzy a kontrolą obywatelską są dobrze ustawione.
Bez straszenia „chaosem referendalnym” i udawania, że obecne rozwiązanie jest jedynym możliwym.
Dobrym kontrapunktem jest Mszana Dolna. Tam w sierpniu oba referenda przekroczyły próg frekwencyjny i o wyniku rzeczywiście zdecydowały głosy mieszkańców. Wójt pozostał na stanowisku, bo 66,94 proc. głosujących opowiedziało się przeciw jego odwołaniu. Rada została odwołana – za było 77,15 proc. głosujących. Taki przypadek pokazuje, po co organizuje się referendum: gdy zostaje spełniony warunek frekwencji, o wyniku decyduje po prostu odpowiedź mieszkańców – „za” albo „przeciw”.
NAJPIERW BYLI OBYWATELE
Warto przypomnieć, skąd wzięła się walka o referenda. Instytut Spraw Obywatelskich od 2012 roku prowadzi kampanię OBYWATELE DECYDUJĄ. Przez lata nie tylko przekonywaliśmy polityków, że demokracja nie może kończyć się w dniu wyborów. Przygotowywaliśmy raporty, analizy, ekspertyzy i konkretne propozycje zmian prawa.
W 2015 roku wydaliśmy raport „Referenda dla obywateli”, zawierający rekomendacje zmian prawa i osobną dyskusję o tym, jak powinny wyglądać referenda lokalne służące mieszkańcom, a nie partiom.
Pięć lat później opublikowaliśmy ekspertyzę Tomasza Zakrzewskiego „Referendum lokalne: czas na reformę”. Wśród rekomendacji znalazło się m.in. zmniejszenie progu frekwencyjnego w referendach odwoławczych.
W 2020 roku ekspertyzę wraz z projektem nowelizacji ustawy o referendum lokalnym przedstawiliśmy prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Nie zaczynamy więc tej dyskusji po referendum w Krakowie. Prowadzimy ją od lat. Kraków daje po prostu wyjątkowo mocny powód, żeby ponownie powiedzieć: sprawdzam.
Czy stworzyliśmy narzędzie, z którego obywatele mogą skutecznie korzystać? Czy tylko takie, które dobrze wygląda w ustawie?
KRAKÓW POKAZAŁ, ŻE MOŻNA. I ŻE MOŻNA NIE MÓC
Kraków pokazał, że referendum może działać. Może doprowadzić do odwołania prezydenta dużego miasta. To ważny sygnał: referendum odwoławcze może zadziałać także w wielkim mieście. Ale Kraków pokazał też coś mniej wygodnego. Tego samego dnia niemal taka sama większość głosujących chciała odwołania rady miasta. Rada została, bo nie osiągnięto wymaganego progu frekwencji.
Czy rada miała większe poparcie? Nie wynika to z głosowania. Czy większość uczestników chciała, żeby została? Przeciwnie. Zdecydowała matematyka progu.
I dlatego Kraków jest jednocześnie sukcesem demokracji bezpośredniej i ostrzeżeniem przed jej pozornością.
REFERENDUM MA BYĆ HAMULCEM
Nie chodzi o to, żeby co kilka miesięcy odwoływać wójtów, burmistrzów i prezydentów. Referendum nie może być narzędziem politycznej zemsty ani powtarzania przegranych wyborów. Ale równie zły jest system, w którym możliwość odwołania władzy istnieje głównie na papierze.
Dobry mechanizm demokracji bezpośredniej nie służy do tego, żeby stale odwoływać władzę. Służy temu, żeby władza wiedziała, że może zostać odwołana. Hamulec w samochodzie nie jest po to, żeby cały czas hamować. Jest po to, żeby można było zahamować, gdy sytuacja tego wymaga. Referendum powinno być takim obywatelskim hamulcem.
Referendum odwoławcze łatwo przedstawić jako kolejną bitwę partyjną: opozycja chce przejąć urząd, lokalny komitet się zemścić, partia osłabić konkurenta.
Polityka będzie obecna w referendach, ale referendum nie może należeć do partii. Powinno należeć do obywateli.
Zmieniają się partie, prezydenci, burmistrzowie i radni. Powinna jednak pozostać jedna zasada: mieszkańcy muszą mieć realną możliwość kontrolowania tych, którym powierzyli władzę. Nie po to, żeby każdą władzę odwoływać, ale żeby żadna władza nie mogła uznać, że po wyborach mieszkańcy przestają się liczyć aż do kolejnych wyborów.
CZAS POWIEDZIEĆ: SPRAWDZAM
Skala jest większa, niż mogłoby się wydawać. Do końca sierpnia w obecnej kadencji przeprowadzono już co najmniej 43 referenda w sprawie odwołania wójta, burmistrza lub prezydenta miasta. Tylko trzy zakończyły się odwołaniem włodarza. W zdecydowanej większości pozostałych przypadków referendum nie wywołało skutku z powodu zbyt niskiej frekwencji.
Nie znaczy to, że wszystkie te referenda były słuszne ani że wszyscy odwoływani włodarze powinni stracić stanowiska. Znaczy coś innego: pora sprawdzić, czy prawo, o które przez lata walczyliśmy, rzeczywiście działa. Nie w deklaracjach polityków. Nie w uzasadnieniach ustaw. Przy urnach.
Kraków daje ku temu wyjątkową okazję. Pokazał jednocześnie siłę referendum i jego słabość. W jednym głosowaniu obywatele odwołali władzę. W drugim ich niemal identycznie jednoznaczna decyzja nie wywołała skutku.
Za kilka lat zmienią się nazwiska prezydentów, burmistrzów i radnych. Zmienią się partie i koalicje. Pytanie zostanie: czy obywatel ma realną władzę nad tymi, których wybrał?
Przez lata odpowiadaliśmy na to pytanie: oczywiście, że powinien mieć.
Dziś warto jednak zapytać o coś bardziej konkretnego — czy obowiązujące prawo rzeczywiście pozwala obywatelom skutecznie korzystać z tej władzy.
Demokracja bezpośrednia nie powinna być jedynie dodatkiem do demokracji przedstawicielskiej. Ma sens wtedy, gdy obywatele mogą z niej rzeczywiście skorzystać. Jeśli jej mechanizm istnieje w ustawie, ale w praktyce zbyt często nie działa, trzeba go naprawić.

Dyskusja o samorządzie utknęła na liczniku kadencji: dwie – i do domu, czy bez ograniczeń, skoro mieszkańcy nadal chcą wybierać tę samą osobę? To ważny spór, bo wieloletnie sprawowanie władzy sprzyja powstawaniu zależności. Limit kadencji może przerwać część tych powiązań, ale może też wymienić tylko człowieka, pozostawiając jego zaplecze na miejscu.
Zasadnicze pytanie brzmi więc: czy mieszkańcy mają rzeczywistą możliwość zmiany nie tylko nazwiska, lecz także sposobu działania i sieci powiązań?
Organy gminy i publiczne zasoby mogą służyć wspólnocie mieszkańców albo utrwalaniu przewagi partyjnego bądź miejscowego układu.
SAMORZĄD ZACZYNA SIĘ OD WSPÓLNOTY
Ustawa o samorządzie gminnym mówi jasno: mieszkańcy gminy tworzą z mocy prawa wspólnotę samorządową, a rada gminy oraz wójt, burmistrz lub prezydent miasta są organami gminy. Wójt nie jest gminą. Rada nie jest gminą. Urząd nie jest gminą. Podmiotem samorządu jest wspólnota mieszkańców.
Po upadku PRL przywrócono samorząd terytorialny, opierając go na samodzielności wspólnot lokalnych. Istotą tej reformy było zerwanie z pionowym podporządkowaniem władz lokalnych politycznemu centrum. Zależność biegnąca od partyjnej centrali przez region do gminy nie oznacza powrotu ustroju PRL, lecz odtwarza logikę podporządkowania, odwracając kierunek reformy i wypaczając jej sens.
Podobny mechanizm powstaje w zamkniętych układach miejscowych, nawet bez partyjnej legitymacji — lojalność wobec zaplecza zaczyna wypierać odpowiedzialność przed wspólnotą mieszkańców.
WYBÓR ZACZYNA SIĘ PRZED GŁOSOWANIEM
Nie wszyscy startują z tej samej pozycji. Demokratyczny wybór nie zaczyna się bowiem przy urnie. Zanim mieszkańcy oddadzą głos, partie decydują, kogo wystawić lub poprzeć. W wyborach do rad wpływają na kształt list oraz miejsca poszczególnych kandydatów, a w wyborach wójta, burmistrza czy prezydenta miasta — na to, kto otrzyma partyjne poparcie. Ostateczna decyzja formalnie należy do mieszkańców, lecz jeszcze przed głosowaniem partie kształtują zakres wyboru i warunki konkurencji.
Partyjny szyld może być dla wyborcy czytelną informacją o programie, ale kandydatowi daje również konkretną przewagę. Zwiększa jego rozpoznawalność oraz zapewnia dostęp do istniejących struktur, ludzi do kampanii, doświadczenia organizacyjnego i kontaktów.
Po wyborach partyjne zaplecze ułatwia także zbudowanie większości w radzie. Lokalna inicjatywa często musi całe takie zaplecze tworzyć od początku.
Problem nasila się wtedy, gdy odpowiedzialność przed mieszkańcami ustępuje lojalności wobec tych, od których zależy kolejny start, dalsza kariera czy polityczne bezpieczeństwo. Nie potrzeba pisemnych poleceń. Wystarczy wiedzieć, od kogo zależy przyszłość.
PUBLICZNE ZASOBY NIE MOGĄ SŁUŻYĆ ZAPLECZU
Zależność staje się szczególnie groźna, gdy polityczna lojalność otwiera dostęp do stanowisk w spółkach komunalnych i gminnych instytucjach. Spełnienie formalnych wymagań nie wystarczy, jeżeli rzeczywistą przepustką jest przynależność do kręgu „swoich”. Ludzie, którzy zawdzięczają temu układowi stanowisko, dochody i wpływy, mają interes w jego utrzymaniu.
Ten sam problem dotyczy informacji, tej finansowanej z budżetu gminy. Powinna wyjaśniać działania organów gminy i pozwalać mieszkańcom oceniać ich decyzje. Jeżeli pokazuje przede wszystkim sukcesy, a koszty i problemy wypycha poza kadr, to przestaje informować, a zaczyna promować osoby sprawujące funkcje publiczne.
Do powstania opisanych koterii partia nie jest konieczna.
W małej gminie partyjnego szyldu może w ogóle nie być,
a zależności pozostają. Ich centrum bywa wieloletni wójt
lub burmistrz, jego współpracownicy, podległe jednostki,
miejsca pracy i osobiste zobowiązania.
Taki układ może być całkowicie bezpartyjny, a zarazem równie zamknięty.
Nie chodzi przy tym o zakazanie partiom udziału w wyborach ani o usunięcie polityki z samorządu czy wiarę w „kryształowych niezależnych”. Chodzi o przywrócenie równych szans i reguły obowiązujące każdą ekipę: jawne kryteria obsadzania stanowisk, oddzielenie publicznej informacji od promocji rządzących, przejrzystość wydawania pieniędzy i realną kontrolę sprawowaną przez obywateli.
Dwukadencyjność może zmienić nazwisko, powinna zmienić układ. Właściwe reguły mają sprawić, by organy gminy odpowiadały przede wszystkim przed mieszkańcami, a nie przed partią lub miejscowym zapleczem.
GŁOS MIESZKAŃCÓW PRZED DECYZJĄ, NIE PO NIEJ
Odpowiedzialność przed mieszkańcami nie kończy się w dniu wyborów. Sprawdza się także w tym, kiedy otrzymują oni informację i na jakim etapie mogą wpłynąć na decyzję.
Znamy lokalne rytuały podejmowania decyzji: problem
rozpoznaje się w wąskim gronie, przygotowuje koncepcję,
wybiera wariant i tworzy uzasadnienie.
Dopiero wtedy ogłasza się konsultacje.
Mieszkańcy poświęcają czas, przedstawiają argumenty i zgłaszają uwagi. Później w urzędzie powstaje tabela, a przy kolejnych uwagach pojawia się krótkie: „nie uwzględniono”. Wszystko toczy się dalej tak, jak zaplanowano przed rozpoczęciem rozmowy.
To nie jest rzeczywisty udział wspólnoty w podejmowaniu decyzji. Konsultacje powinny zaczynać się podczas rozpoznawania problemu, tworzenia koncepcji i porównywania wariantów. Mieszkańcy wnoszą nie tylko opinie, lecz także wiedzę o miejscu, codzienne doświadczenie i kompetencje. Zaproszenie ich dopiero do komentowania gotowego, z reguły urzędniczego, projektu marnuje ten potencjał.
Nie każda zgłoszona uwaga musi zostać przyjęta. Każda powinna jednak otrzymać rzeczową odpowiedź: co uwzględniono, co odrzucono i dlaczego. Inaczej konsultacje stają się dekoracją, a mieszkańcy publicznością: między wyborami wolno im słuchać i – co najwyżej – komentować, ale nie daje się im rzeczywistego wpływu na bieg spraw.
Samorząd nie jest najniższym ogniwem ogólnopolskiej hierarchii partyjnej ani prywatnym dworem miejscowego włodarza. Jest sposobem, w jaki wspólnota mieszkańców stanowi o własnych sprawach.
Warto więc spojrzeć na własną gminę.
Kto naprawdę wpływa na wyłanianie kandydatów
i obsadzanie stanowisk? Czy informacja finansowana przez gminę
wyjaśnia działania jej organów, czy promuje osoby sprawujące
funkcje publiczne? Czy mieszkańcy uczestniczą w tworzeniu
rozwiązań, czy wolno im już tylko komentować gotowe decyzje?
Dwukadencyjność może pomóc osłabić zamknięte lokalne układy, lecz nie zastąpi jawności, kontroli i realnego wpływu mieszkańców. Samorząd staje się naprawdę samorządny dopiero wtedy, gdy publiczne zasoby służą wspólnocie, a nie zapleczu rządzących oraz gdy mieszkańcy mogą współtworzyć koncepcje od samego początku procesu decyzyjnego.
Wyróżnienia w tekście pochodzą od redakcji strony www KRM
Temat utrzymania albo zniesienia zasady dwukadencyjności dotyczącej wójtów, burmistrzów i prezydentów miast został na razie zawieszony, nie rozstrzygnięty. Jest o nim względnie cicho, choć pod spodem kwestia raczej buzuje. Przy tej okazji ujawniają się problemy istotne, słabo eksponowane, pokazujące stosunek rodaków do krajowej elity politycznej.
W mainstreamie pojawiają się materiały, często autoryzowane przez którąś z organizacji skupiających „włodarzy” i pilnujących ich interesów[1], o potrzebie uchylenia zasady dwukadencyjności. Niosą one lamentacje straszące katastrofą świata samorządowego jeśli dwukadencyjność wejdzie w życie. Liczni wielokadencyjni włodarze uważają się za niezastąpionych i rysują czarne wizje upadku samorządów – co to będzie jak nas już nie będzie! Komentatorzy formułują niby racjonalne argumenty przeciw dwukadencyjności – osadzone w Konstytucji, w tym jak jest za granicą, w socjologii, psychologii, demografii i in. Jest pomysł, że dwukadencyjność wzmocni wpływ partii na samorząd, osłabiając autonomię miast i gmin (jakby upartyjnienie samorządów już nie było ewidentne i powszechne.)
LUD PROSTY WIE SWOJE!
Tak czy owak – te lamentacje i argumentacje, biadolenia
i złorzeczenia kompletnie nie trafiają do przekonania
szerokiej publiczności! Vox populi (który ma być vox Dei),
w ogromnej większości popiera zasadę dwukadencyjności.
Ponadto – całkiem licznie popierane są ograniczenia dalej idące. W dwóch kierunkach: rozszerzenia zasady dwukadencyjności na posłów, senatorów, radnych gminno-miejskich, powiatowych i wojewódzkich, a nawet marszałków, starostów i jeszcze dalej. Drugi kierunek to zaostrzenie zasady dwukadencyjności do jednej kadencji.
Przykładowo – w konsultacjach sejmowych projektu ustawy autorstwa PSL-U znoszącej dwukadencyjność ok. 80% respondentów opowiedziało się za jej zachowaniem. W badaniu pt. „Barometr Lokalnego Kapitału Obywatelskiego” (Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia dla Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, 23.03 – 13.04 br.) jedynie 18% badanych chce całkowitego zniesienia zasady dwukadencyjności. Za jej utrzymaniem jest 48% badanych, a za zaostrzeniem do jednej kadencji – 12%. Łącznie to 60% – prawie trzy i pół raza więcej niż zwolenników zniesienia ograniczeń. A 14% chce zachowania ograniczenia liczby kadencji, tyle że do więcej niż dwóch.
Innych przykładów powszechnego poparcia dla dwukadencyjności jest sporo. Jeden z najświeższych to zgodne komentarze na FB pod informacją o artykule eksperta Związku Powiatów Polskich na „Portalu Samorządowym”[2]. Nie „grzeszy” on obiektywizmem, bo reprezentuje organizację zaangażowaną. W tych ponad 450 komentarzach w zasadzie WSZYSCY z pojedynczymi wyjątkami opowiadają się za zachowaniem dwukadencyjności albo jej zaostrzeniem, a także rozszerzeniem na inne funkcje. Lamenty autora są gremialnie odrzucane.
Cytujemy wybór:
……………………………………………. Itd. itp. Jeszcze ponad 450 podobnych opinii…
WIE SWOJE i CO?
W zasadzie to nic nowego.
Zastanawia jednak pytanie, dlaczego ten powszechny sprzeciw
ludu wobec inicjatywy zniesienia dwukadencyjności
nie wywołuje prób wyjaśnienia? DLACZEGO lud się sprzeciwia?
Cisza, woda w ustach, złotouści żurnaliści tematu nie ruszają. Pochłaniają ich bez reszty wojenki partii i ich liderów, plus sondaże kto nad kim albo pod kim. Podmioty medialne czasem ogłaszają jakiś kolejny materiał z lamentacjami o tym, jak wielkim złem jest dwukadencyjność i tyle. Czyli lud swoje, media swoje, a politycy siedzą okrakiem na barykadzie i kombinują, co im się bardziej opłaca[3].
Wydaje się, że prawda jaka wyłania się z opinii o dwukadencyjności i pospolitych komentarzy ulicy oraz z badań (o których dalej), jest nieprzyjemna dla elit politycznych więc niezbyt chętnie jest wyrażana. Trzeba mieć cojones i motywację, żeby odważyć się publicznie ogłosić, iż KRÓL JEST NAGI.
Od dawna dominuje u nas narracja, że polityka jest moralnie i estetycznie niska, brudna, obrzydliwa. Zastrzeganie się uczestników różnych gremiów iż to co oni robią nie ma nic wspólnego z polityką, to powszechny standard. „Trzymamy się z dala od polityki” głoszą działacze społeczni, samorządowi, nawet politycy (!) a media przyklaskują. Ma też miejsce duży dystans do państwa, w domyśle ono nie jest nasze, tylko zawłaszczone i nas okrada. Od początku III RP realny stosunek do państwa wyrażał się w podejściu do podatków, traktowanych powszechnie jako łupienie niewinnych, uczciwych ludzi.
Wydaje się, że obecnie w warunkach zaciekłej tzw. polaryzacji i konfliktu wewnętrznego sytuacja bardzo zdecydowanie posunęła się „do przodu”. Już nie tylko dla vox Populi polityka to jedno wielkie gówno, nie tylko państwo jest obce i złodziejskie.
Potępienie skierowało się zdecydowanie w stronę tych, którzy są
najbardziej sprawczy i odpowiedzialni za jedno i drugie,
czyli polityków: ELITA POLITYCZNA TO SAMO ZŁO! Nie znosimy jej
en bloc, niezależnie od podziałów partyjno-ideowych,
nie mamy do niej zaufania, szacunku czy uznania, gardzimy nią.
Polityków mamy po prostu dosyć! To jest wniosek m.in. z powszechnego poparcia dla dwukadencyjności. To że ludność licznie głosuje na KO czy PiS nic tu nie uchyla: głosuję na PiS nie dlatego że mi się podoba, tylko dlatego że nienawidzę Tuska i „bążura”. Albo – nie cierpię KO ale na nią głosuję, bo bardziej boję się władzy antyunijnych PiSiorów w sojuszu z neofaszystami. Wybieram mniejsze zło, bo żadnego dobra wybrać się nie da.
CO WIDZIMY w POLITYKACH?
Na potwierdzenie przekonania o niechęci/ wrogości/ pogardzie ludu prostego wobec politycznych elit mamy, obok poparcia dla dwukadencyjności, wyniki przykładowych dwóch badań. Dotyczą one szacunku/ poważania i zaufania opinii publicznej do przedstawicieli różnych zawodów – rozumianych raczej szeroko jako role społeczne. W obu politycy znajdują się na dole drabiny zaufania/ uznania.
Wcześniejszy jest raport IPSOS Global Trustworthiness Index 2024, z końca 2024 r. i dotyczy zaufania do przedstawicieli poszczególnych zawodów z listy 21 profesji. (Link do Raportu w załączniku). Jedynie naukowcom ufa ponad połowa (51%) respondentów, i to pomimo popularności antynaukowych, spiskowych bredni. Mniej niż połowa ufa lekarzom (41%)[4], wojskowym (39%) czy nauczycielom (38%).
Politycy znajdują się na ostatnim,
21-szym miejscu listy, z zaufaniem 8%!
Warto dodać, że w tym badaniu zaufania Polska znalazła się na przedostatnim miejscu wśród 32 państw, przed Peru, a po Turcji i Chile.
Badanie późniejsze „Ranking prestiżu zawodów i specjalności” z 22-23.04.2025 na zlecenie BUSINESS INSIDER jest bardziej szczegółowe i obejmuje 51 profesji. Do ich oceny stosuje kryterium prestiżu: szacunku, poważania, uznania. Pokazuje też zmiany pozycji w rankingu w ciągu ostatnich 5 lat. Miejsca ostatnie, 51 i 50 zajmują influencer i youtuber z uznaniem ze strony ok. 13,7% badanych – liderzy rankingu to powyżej 80%.
Trzeci od końca (49. miejsce) jest poseł na Sejm,
z uznaniem 21,5% badanych, który spadł w ciągu 5 lat
o 18 miejsc (o 12 w ostatnim roku).
Obok na pozycji 48 jest europoseł, z uznaniem od 22,2%, a za nim (miejsce 47.) radny gminny, ze spadkiem w rankingu o 17 pozycji w ciągu 5 lat (o 13 w ostatnim roku). Senator RP (26,7% głosów uznania) i minister (27,6%) sąsiadują na miejscach 42 i 41, minister w ostatnim roku spadł w rankingu o 11 miejsc. Brak tu wójta, burmistrza, prezydenta miasta, ale poparcie dla dwukadencyjności wyjaśnia kwestię uznania dla nich. Ksiądz na miejscu 40. cieszy się uznaniem 29,3% badanych i „spadł” o 12 miejsc w ciągu 5 lat. Liderzy rankingu to strażak, ratownik medyczny i pilot samolotu pasażerskiego, powyżej 80%.
Sumując: polityków wszystkich szczebli i na różnych stołkach, od władzy wykonawczej i stanowiącej (zwłaszcza), lokalnej i krajowej, otacza co najmniej niechęć ludu, nie cieszą się oni szacunkiem ani uznaniem, nie są darzeni zaufaniem (choć zapewne nie wszyscy w takim samym stopniu). W skrócie – lud ma ich dosyć i szanuje o wiele mniej niż przedstawicieli niemal wszystkich innych profesji[5]. Co istotne – ta antypatia narasta od lat, a w ciągu ostatniego roku wzrosła skokowo, bardziej (nawet kilkukrotnie) niż łącznie przez wszystkie lata poprzednie.
CO DALEJ i DLACZEGO?
Powyższe nasuwa różne pytania i prowadzi do rozmaitych konsekwencji, w tym groźnych.
Oto totalny wkurw na ogół elity politycznej jest
niebezpieczny, bo dostarcza paliwa ekstremistom,
którzy chcą rozwalić system, przewrócić stolik
i przejąć władzę.
Nieważne jak będzie, byle było inaczej! Skoro racjonalne (wydawałoby się) decyzje wyborcze niczego nie rozwiązują i konflikt/ kryzys narasta, bo wymiana polityków nie prowadzi do zmiany polityki, trzeba rozwalić system, bo on nie działa!
Ale dlaczego tak naprawdę nie cierpimy naszej politycznej elity? Może to jednak przesada? Dlaczego Polacy mają szanować właśnie polityków skoro w Polsce wszyscy nienawidzą siebie nawzajem? Panuje totalna podejrzliwość i brak zaufania, drażliwość i skłonność do kłótni o cokolwiek (gdzie dwóch Polaków tam trzy stronnictwa…), powszechne poczucie krzywdy i jednocześnie przekonanie o własnej niewinności oraz moralnej wyższości.. Zabawa w sondaże mówi tylko tyle, że w danym momencie wrogość jednej części elity jest większa/ mniejsza niż wobec innej.
Pytanie DLACZEGO? jest podstawowe, bez niego trudno myśleć o poprawie sytuacji. Na polityków spadają niagary hejtu, ale nie miejsce tu na powielanie bluzgów. Nie wolno przerzucać na lud prosty odpowiedzialności, że np. niewdzięczny jest (i głupi, bo nie rozumie…), gdy politycy „wypruwają sobie flaki” w publicznej służbie. Starannie zapracowali oni na głębokie rozczarowanie tym, co wyprawiają! Odpowiedzialność zależy od sprawczości – polityk ma o wiele większy wpływ na rzeczywistość niż zwykły obywatel rodak-Polak. Masy rodaków to oczywiście nie są jakieś niewiniątka, skrzywdzone i sponiewierane, co widać np. w narastającej agresji. Niechęć do elity politycznej nie sprawiła przecież, że ludzie przestali ulegać jej wpływom. Może jest nawet odwrotnie: stale rośnie skuteczność wyrafinowanej manipulacji postawami i myśleniem ludności. Frustracja, lęk i wkurw są przekierowywane na innych, Ukraińców, Żydów, Niemców, gejów, grupy zawodowe.
Przypuszczam, że skokowy spadek uznania dla kasty polityków
w ciągu ostatniego roku (zjazd na dół rankingu) świadczy o tym,
że ludność ma już dość panującego pato-politycznego chaosu,
agresji i tego całego obrzydlistwa, lejącego się hektolitrami z mediów wszelakich[6].
I słusznie czyni ona polityków odpowiedzialnymi za stan rzeczy zwiększający niepewność i poczucie zagrożenia tym, co przyniesie przyszłość. Każdy widzi, że ta pato-gra możnych polityki idzie o partykularne, partyjne interesy, o władzę, o konfitury. Deklamacje, że chodzi o Polskę, Polaków, dobro publiczne, samorządność, demokrację – to zużyta, maskująca ściema.
Wrogość wobec elity politycznej bierze się też z tego, że ona nie słucha ludu prostego, nie uwzględnia jego problemów, nie reaguje na oczekiwania, nie spełnia obietnic i deklaracji. Decyzjami polityki rządzą kalkulacje obsługujące doraźne interesy partyjne czy środowiskowe (kleru, deweloperów, myśliwych, leśników,…) bez oglądania się na vox Populi, albo tzw. dobro wspólne. Lud swoje, władza swoje.
* * *
Odwrócić trend wrogości wobec polityków, i pogardy do polityki jako takiej, mogą tylko sami politycy!
Póki co jest im jednak chyba całkiem dobrze w ramach panującego status quo (kogo w końcu obchodzi, co myśli zwykły lud… on w ogóle myśli? ciemny lud wszystko kupi…), i nie czują potrzeby, żeby np. reformować system władzy. Zapewne dopiero jakiś poważny wstrząs wywoła potrzebę zmiany, oby tylko nie za późno…
[1] Jak Związek Miast Polskich, Unia Metropolii Polskich czy Związek Powiatów Polskich i in.
[2] Autor Bogdan Bugdalski, tytuł: ‘Gminy stracą doświadczonych liderów. „Egzotyczne rozwiązanie” uderzy w samorządy’, 9 sierpnia 2026.
[3] Powszechnie wiadomo, że wprowadzenie przez PiS w styczniu 2018 r. zasady dwukadencyjności było wymierzone w wielokadencyjnych prezydentów większych i największych miast, należących do PO lub przez PO popieranych. Obecnie ujawniają się także inne kalkulacje i kombinacje oraz partyjne interesy.
[4] Jest sporo mniej niż w innych badanych krajach.
[5] W przytoczonych badaniach IPSOS i BUSINESS INSIDER występują wyraźne, ale nie radykalne różnice pomiędzy oceną przedstawicieli różnych profesji. Bardzo złą pozycję polityków przynoszą zgodnie oba badania, w obu znajdują się oni na końcu list z najgorszymi ocenami, lub prawie na końcu.
[6] Być może agresja panosząca się w mediach społecznościowych, spontaniczna lub będąca wynikiem rozmaitych manipulacji – skutecznych, bo istnieje dla nich podatny grunt – jest sposobem odreagowania wkurwu na całą, obecną makro-sytuację, nader frustrującą i stresującą, która nie wiadomo jak się rozwiąże.
Zamiast zaczynać od „mieszkańcy nie dorośli do demokracji” trzeba spojrzeć na przyczyny stanu rzeczy, który nas niepokoi. Prawdziwy problem leży w tym, czego od samorządu miast i gmin oczekujemy i co trzeba w nim zmienić.
Typowa dyskusja w tym obszarze sprowadza się do pytania o inwestycje. Czy szybko budują, ile asfaltu wylano, co nowego powstało? To jest ukształtowana przez dziesięciolecia perspektywa oceny władz samorządowych. Tymczasem w wielu miejscowościach prawdziwe wyzwania zaczynają wyglądać inaczej: jak zapełnić wybudowane już wielkie obiekty, jak zmienić ich funkcje, lub znaleźć środki na ich utrzymanie, czy wreszcie – jak zaadresować nowe potrzeby?
Jeśli chcielibyśmy spojrzeć na samorząd nie z perspektywy kampanii wyborczych, ale tak jak patrzyli na reformę jej twórcy, to trzeba przyjąć mniej populistyczny punkt widzenia.
Starając się odtworzyć ich tok rozumowania, można przyjąć, że uznali iż nakazowo-rozdzielczy sposób zarządzania należy zastąpić mechanizmem bardziej demokratycznym. Czyli takim, który u swej podstawy ma wolę mieszkańców. Następnie zbudowano konstrukcję szeregu instytucji, opartych na tym założeniu. Tak stworzony system, z licznymi niestety modyfikacjami psującymi jego logikę, działa do dziś.
To co w nim niepokoi, to nie tylko wspomniane wypaczenia, ale podstawa konstrukcji, czyli rola mieszkańców. W wyborczych decyzjach obywateli, nie tylko zresztą w Polsce, odnajdujemy coraz więcej uznania dla antydemokratycznych rozwiązań, dla odrzucania trójpodziału władzy, check and balance, czy zasady pomocniczości (subsydiarności). Na poziomie samorządu widzimy natomiast przejawy partykularyzmu i niechęci do myślenia w kategoriach wspólnoty.
WBREW POZOROM PRZYCZYNĄ NIE JEST
EGOIZM OBYWATELI. MAMY PROBLEM PONIEWAŻ
ŹLE ZAPROJEKTOWANE INSTYTUCJE UCZĄ ZACHOWAŃ,
KTÓRYCH PÓŹNIEJ SAME STAJĄ SIĘ OFIARĄ.
To zdanie wymaga rozwinięcia.
Przywykliśmy myśleć o instytucjach jako o narzędziach podejmowania decyzji. Tymczasem każda instytucja robi coś jeszcze. Każdego dnia uczy obywateli, jak funkcjonuje wspólnota i jaka jest ich w niej rola.
Jeżeli mieszkaniec wielokrotnie doświadcza, że jego udział ogranicza się do zgłaszania uwag, których nikt nie wykorzystuje, uczy się bierności. Jeżeli obserwuje, że o powodzeniu inicjatywy decydują przede wszystkim relacje polityczne, uczy się klientelizmu. Jeżeli widzi, że skuteczność wymaga przede wszystkim obrony własnego interesu, uczy się partykularyzmu.
Instytucje demokratyczne należy oceniać nie tylko ze względu na decyzje, które są przez nie podejmowane, lecz również pod kątem tego, jak kształtują obywateli, jak wpływają na ich zachowania.
Ta perspektywa zmienia bardzo wiele.
Zmusza do innego spojrzenia na samorząd. Przestaje on być wyłącznie systemem zarządzania lokalnymi usługami publicznymi. Staje się środowiskiem, w którym mieszkańcy uczą się demokracji – albo uczą się, że demokracja nie ma większego znaczenia. Od tego momentu rozmowa o samorządzie nabiera zupełnie nowego sensu.
Nie chodzi już tylko o to, czy rada gminy powinna mieć większe kompetencje od organu wykonawczego, czy sposób wyboru radnych jest właściwy, albo jak powinny wyglądać konsultacje społeczne. Wszystkie te kwestie stają się wtórne wobec pytania bardziej podstawowego.
JAK INSTYTUCJE SAMORZĄDOWE ROZWIJAJĄ
ZDOLNOŚĆ WSPÓLNOTY DO WSPÓLNEGO RZĄDZENIA?
Tak postawione pytanie prowadzi nas poza tradycyjny spór między demokracją przedstawicielską a bezpośrednią. Nie zmusza do wyboru między reprezentacją a partycypacją. Nie zakłada również, że istnieje jeden idealny model ustrojowy. Skłania natomiast do myślenia o demokracji jako o procesie projektowania relacji między ludźmi, instytucjami i doświadczeniami, które wspólnie tworzą kulturę polityczną.
To prowadzi do konkluzji, że dyskusję wychodzącą od tezy „mieszkańcy nie dorośli do demokracji”, zastąpić trzeba refleksją nad potrzebą zmian w samorządności. Trzeba się też pozbyć złudzeń, że efekty przyjdą natychmiast. Doświadczenia z „nową samorządnością” muszą przekonać mieszkańców, że nie jest to przelotny kaprys władzy lecz trwała praktyka, która ma sprzyjać zmianie dotychczasowego podejścia, nie tylko pojedynczych obywateli, ale ich znaczącej części.
Mimo to, takie podejście do rozmowy o samorządzie wydaje się nie tylko analitycznie poprawne, ale też uczciwe wobec mieszkańców.
Zamachnięcie się miało miejsce podczas absolutoryjnej sesji Rady Miasta Poznania, jakiś czas temu, choć skutki wciąż rosną. Ofiarą zamachu okazał się przede wszystkim prezydencki garniak (ponoć za 4 k€), obok zranionego i obnażonego EGO Dżej Dżeja[1]. Był to najpewniej właściwy cel „zamachu”, który pod tym względem przychodzi uznać za skuteczny.
Skutecznej, to znaczy jakiej? Chyba nie takiej gdzie można się do woli wygadać, kreatywnie podyskutować, ale nic z tego nie wynika.
Jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym wątkiem działalności ruchów miejskich, Kongresu Ruchów Miejskich w szczególności, jest samorządowa demokracja miejska. Nie jest żadną nowością rozpoznanie, iż w tej sferze od dłuższego czasu dzieje się źle i coraz gorzej. Kolejnym krokiem jest tu projekt ustawy metropolitalnej dla Trójmiasta.
12 maja odbyła się na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego konferencja pod intrygującym tytułem „Funkcjonowanie samorządu terytorialnego w Polsce – między działaniem a deklaracją”. Obok takiego wyzwania nie mogliśmy przejść obojętnie. Oto, co powiedzieliśmy.
Referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego i rady miasta odbywa się w najbliższą niedzielę. Cieszy się ono dość szerokim zainteresowaniem w kraju, zapewne także dlatego że w grę wchodzi drugie co do wielkości, „królewskie” miasto w Polsce. Komentatorzy przypisują tej inicjatywie rolę intrygi w partyjno-politycznych krajowych strategiach konfrontacyjnych. Krytykowana jest też przy okazji sama instytucja referendum odwoławczego, a także progresywne polityki miejskie, propagowane przez ruchy miejskie jako nasz Miastopogląd.
Pierdolnik globalny, a także krajowy, dominują w przekazie publicznym, i raczej w miarę obecnego rozwoju sytuacji będzie się on „ubogacał”. Pierdolnik miejski nie jest nieważny, bo to, co rozstrzyga o jakości życia ludzi ma charakter LOKALNY, oddziałując bezpośrednio na warunki egzystencji. To, że pierdolnik miejski jest bardziej kameralny niż ekscesy globalne nie oznacza, iż jest mniej godny uwagi.