Zacznijmy od wyjaśnienia, o co chodzi, bo mamy tu sporo nieporozumień. Klasyczna definicja (Carole Pateman[1]) demokracji partycypacyjnej, czy inaczej, uczestniczącej, zwraca uwagę na to, że obywatele aktywnie uczestniczą w podejmowaniu decyzji, nie tylko wybierają przedstawicieli, ale też współrządzą.
Trzeba przyznać, że w Polsce ta definicja nie bardzo się przyjęła. Mimo preambuł i inwokacji dotyczących władzy ludu pracującego miast i wsi lub jak wolą inni, suwerena, praktyka pomaszerowała w inną stronę. Najlepszym przykładem jest tu bardzo silny ruch praktyków partycypacji, czyli osób zajmujących się realizowaniem procesów konsultacyjnych w miastach i gminach. Są to zarówno urzędnicy municypalni oddelegowani do spraw społecznych, jak i organizacje pozarządowe realizujące zlecenia władz na tego typu usługi.
Ten usługowy wobec władz samorządowych charakter wyraźnie kontrastuje ze zdaniami o podejmowaniu decyzji przez obywateli i współrządzeniu.
Dla porządku trzeba dodać, że rozumienie partycypacji jako dyskusji a nie podejmowanie decyzji, odnajdziemy nie tylko w Polsce. Wybitnym jego propagatorem był Jürgen Habermas, o czym pisałem innym razem.
Habermasowskie rozumienie partycypacji zdominowało polski świat organizacji pozarządowych i podmioty reprezentujące to środowisko. Refleksja nad tak rozumianą partycypacją jest sporym osiągnięciem i nie sposób nie zauważyć dużego dorobku w tym zakresie. Towarzyszą mu jednak ograniczenia, które kładą się cieniem na czymś bardzo ważnym, na stanie polskiej demokracji.
Odmienne rozumienie partycypacji jako udziału we władzy, a nie udziału w dyskusji, wydaje się być naturalnym językiem ruchów miejskich, w innych krajach nazywanych także municypalistami.
Tak było u początków tego polskiego ruchu. Środowisko to kształtowało się jako wyraz buntu przeciw miejskim władzom. To dawało mu wyjątkową siłę i rozpoznawalność. Z czasem jednak Kongres Ruchów Miejskich zaczął podążać drogą wytyczoną przez środowisko partycypacyjne. Pojawiły się próby świadczenia usług dla samorządów, wyraźnie rezygnowano z języka protestu.
Od kilku lat staramy się wrócić do sposobu myślenia, który towarzyszył aktywistom gromadzącym się przed laty pod sztandarem ruchów miejskich.
Wyrażamy protest, może w mniej impulsywnych formach, staramy się budować koalicje, by przeciwstawić się jałowej partycypacji, która nie daje mieszkańcom udziału władzy, a jedynie jej pozory. Trzeba przyznać, że nie jest to zadanie łatwe. Na przeszkodzie stoją nie tylko pojedyncze rozwiązania, ale cały ekosystem samorządności miejskiej. Tkwią w nim także wspomniane organizacje pozarządowe oraz liczni badacze i eksperci. Ale przede wszystkim, system zawierający wiele elementów autokracji, silnie odcisnął się w świadomości mieszkańców.
Przez całe pokolenie wdrażano nas do funkcjonowania w porządku prawnym, który demokracją nazywał bardzo scentralizowaną jednoosobową władzę wójta/ burmistrza/ prezydenta.
Początki polskiej samorządności terytorialnej zawierały znacznie więcej demokracji, niż ma to miejsce obecnie. Stopniowo uzupełniano ustój samorządowy o mechanizmy ograniczające sprawczość mieszkańców, a rozbudowujące udział w dyskusjach, które niekoniecznie przekładają się na cokolwiek.
Dziś musimy nie tylko zawalczyć o nowe rozwiązania legislacyjne, ale przede wszystkim o nowe rozumienie demokracji partycypacyjnej.
[1] W swojej przełomowej książce Participation and Democratic Theory (1970) Pateman opowiedziała się za modelem demokracji partycypacyjnej. Argumentowała, że prawdziwa demokracja wymaga aktywnego udziału obywateli nie tylko w wyborach, ale także w procesach decyzyjnych w codziennym życiu, zwłaszcza w miejscu pracy (samorządność pracownicza).
