Warto spojrzeć na problemy, którymi się zajmujemy, z szerszej perspektywy, bo dylematy sposobu funkcjonowania demokracji, w tym demokracji lokalnej, zaprzątają umysły obserwatorów w wielu różnych miejscach świata.
Chciałbym dziś nawiązać do Jürgena Habermasa – intelektualisty, który wywarł duży wpływ na rzeczywistość zachodnich demokracji. Jego niedawna śmierć stanowi symboliczną cezurę. Pozostawia po sobie sam z siebie wielką spuściznę, ale we współczesnym świecie także coś się kończy. Rzeczywistość ciągnie nas w rejony, które ten wybitny badacz pozostawił poza analizą.
Jürgen Habermas jest jeśli nie ojcem, to przynajmniej prominentnym wyrazicielem wizji demokracji, dla której kluczowa jest debata publiczna. W koncepcji tej chodzi o to, aby obywatele mogli wspólnie dochodzić do najlepszego rozwiązania poprzez argumenty, a nie tylko poprzez walkę interesów.
Ta myśl ożywiła wyobraźnię wielu obserwatorów i praktyków polityki. Stworzyła perspektywę odejścia od jałowej szarpaniny partii politycznych. Pokazywała, że można inaczej.
Doceniając świeżość tego spojrzenia warto zadać sobie pytanie, czego w tej koncepcji nie było? Lub inaczej – z braku jakich rozwiązań praktyka mogła zrobić nie najlepszy użytek?
W logice demokracji deliberatywnej nie poszukujemy sposobów na ścieranie się interesów, nie analizujemy systemów z punktu widzenia prawa do decydowania, czy udziału we władzy. Habermas mówi nam: demokracja działa najlepiej wtedy, gdy obywatele racjonalnie dyskutują w sferze publicznej, a decyzje polityczne wynikają z otwartej deliberacji, a nie tylko z głosowania.
W codziennej praktyce samorządu oznacza to, że zbiera się grupka obywateli, bo przecież nie wszyscy, deliberuje, w pocie czoła wypracowuje rozwiązanie, które przedkłada władzy. Ta w swej mądrości może skorzystać z uzasadnienia jakie ten deliberatywny proces daje, lub kierowana rożnymi interesami ten projekt odrzucić.
Legitymizacja władzy bierze się więc nie z procedur ściśle decyzyjnych (bo np. opowiedziała się za tym większość) , lecz z wypracowanego w otwartej debacie konsensusu dyskutujących uczestników. Pytania o to, czy ich skład jest dla społeczności reprezentatywny, czy mają mandat i wreszcie, czy mają jakieś uprawnienia decyzyjne pozostaje poza sferą zainteresowania demokracji deliberatywnej. Taki tok rozumowania jest szczególnie użyteczny dla wszystkich, którzy chcieliby demokrację ograniczyć do odbywających się co 4-5 lat wyborów i nie zaprzątać sobie głowy pytaniami o kontrolę społeczną władzy, demokrację bezpośrednią, demokratyczne zarządzanie itp. Nie dlatego, że demokracja deliberatywna to zakłada, lecz dlatego, że jest mało odporna na manipulacje władzy dysponującej przesadnie dużymi możliwościami urabiania opinii publicznej.
Powiedzmy sobie otwarcie: tworzony na takich fundamentach system władzy lokalnej uległ daleko idącej degeneracji.
Zwykli ludzie za sprawą nowych sposobów komunikowania uzyskali większy wgląd w procesy decyzyjne i polityczne. Coraz powszechniej sygnalizują nam, że demokracja jest gdzieś poza nimi. Że władza lokalna wyalienowała się, jest ciałem obcym ("oni"). Co więcej, z wielu zachowań publicznych daje się odczytać emocja mówiąca, że deklaracje o decydującej roli mieszkańców, są fikcją.
Słowo „demokracja” przestało nieść jakiekolwiek znaczenie. Kojarzy się tylko ze sloganami wyborczymi i szkolnymi lekcjami. W praktyce debaty politycznej używane jest do opisywania całkowicie przeciwstawnych działań. Dla zwykłego człowieka to „ściema”. Od tego już tylko krok do poparcia dla pomysłów antysystemowych, czyli de facto antydemokratycznych.
Znaleźliśmy się więc na poważnym zakręcie historii. Próbując zracjonalizować procesy podejmowania decyzji, oprzeć je na rzeczowych argumentach, uzyskaliśmy efekt przeciwny. Coraz więcej ludzi odwraca się od racjonalnych argumentów idąc za populistycznymi emocjonalnymi hasłami, które nie tylko przeciwstawiają się aktualnie rządzącym, ale torują drogę rozwiązaniom odchodzącym od demokracji.
By cało wyjść z tego zakrętu, przezwyciężyć musimy to dojmujące poczucie fikcji i wyobcowania władzy, szczególnie tej lokalnej. Nie dadzą nam tego dyskusje deliberatywne i budowany w wąskich gronach konsensus.
Sorry, nie ma innego wyjścia, trzeba się podzielić realną władzą. Trzeba urzeczywistnić wzniosłe deklaracje o władzy obywateli i dać im prawo do decyzji, prawo do popełniania błędów i dać wreszcie odczuć ponoszoną za decyzje odpowiedzialność.
Wiem jak wiele środowisk od lat buduje swój pogląd na samorządność w habermasowskim paradygmacie. Tysiące organizacji społecznych specjalizuje się w prowadzeniu konsultacji i różnych form deliberacji. Wszystko to jednak nie powoduje, że w Polsce jest więcej demokratów i więcej demokracji. Wręcz przeciwnie, wzbiera fala zwolenników silnej autorytarnej władzy.
Deliberatywna demokracja nie wytrzymuje zderzenia z lokalną władzą, która stopniowo zwiększa swoją dominację nad mieszkańcami. Zdaję sobie sprawę, że receptą nie jest akceptacja brutalnej gry interesów w stylu Carla Schmitta. Trzeba znaleźć inne rozwiązania.
Jeśli myślisz podobnie, daj nam znać, poszukujemy partnerów do namysłu nad alternatywnym modelem polskiej samorządności.
