Ostatnio w rozmowie w mediach z prof. Przemysławem Sadurą przypomniano pojęcie „utopii politycznej”, czyli czegoś do czego się dąży, ale wszyscy wiedzą, że to nieosiągalne.
Warto sobie zadać pytanie, czy demokracja w miastach i gminach nie jest taką właśnie kategorią z gatunku utopii. Obecny jej stan, o czym bardziej szczegółowo w naszej książce, zdaje się pokazywać, że ustawodawcy wcale nie chodziło o rzeczywistą samorządność mieszkańców. W ustawie o samorządzie gminnym i innych ustawach opisujących, jak miasta i gminy mają funkcjonować, aż roi się od szczegółowych regulacji, które wręcz uniemożliwiają udział mieszkańców w decyzjach. Oczywiście jest partycypacja i cały sektor organizacji, które doradzają i świadczą usługi tego typu. Ale halo… partycypowanie to nie decydowanie. To nie kontrolowanie zapewniające, że samorządowa władza nie odjedzie nam za daleko i za pomocą manipulacji z kampanią wyborczą zagwarantuje sobie reelekcję za 5 lat. Partycypacja to prawo bycia wysłuchanym, a nie bycia podmiotem władzy. Czujecie różnicę?
Wracając jednak do pytania. Tak, lektura kompletu przepisów samorządowych przekonuje, że nie ma tam miejsca na demokrację rozumianą jako zwierzchnia władza wspólnoty samorządowej. Czy to błędy i wypaczenia, czy zamysł, by demokrację lokalną traktować jako utopię polityczną i nie przejmować się jej wdrożeniem „na tym etapie”? Nie ma większego znaczenia. Znaczenie mają skutki.
Obserwując funkcjonowanie swoich społeczności przez ostatnie 35 lat mieszkańcy otrzymali solidną porcję edukacji obywatelskiej. Czego się w tym procesie nauczyli?
Podstawowy wniosek polega na tym, że są dwa obszary lokalnej rzeczywistości, które funkcjonują niezależnie i niewiele mają ze sobą wspólnego. Pierwsza z nich to warstwa deklaracji ustawowych, preambuł i wzniosłych inwokacji, a także przemówień politycznych, czyli to wszystko, co zwykły zjadacz chleba nazwie po prostu „gadaniem”. Druga to realny system decyzyjny, czyli władza, rozdział uprawnień, dóbr i przywilejów.
Nie potrzeba pogłębionych badań, by dostrzec, że demokracja w pierwszej sferze zajmuje poczesne miejsce, natomiast w drugiej zastąpiona zostaje przez różne protezy nie dające jednak mieszkańcom doświadczyć i praktykować prawdziwej oddolnej samorządności.
Konsekwencje wspomnianej edukacji obywatelskiej są fundamentalne nie tylko dla demokracji miejskiej i wiejskiej, ale także dla sceny ogólnopolskiej. Skoro demokracja to czcze gadanie a nie system, który realnie funkcjonuje, to oddawanie głosu w wyborach na postacie prezentujące coś alternatywnego (autokrację, a może i faszyzację) jest całkiem logiczne.
Polityków doceniających znaczenie demokracji i załamujących ręce nad dziwnymi werdyktami szerokich rzesz wyborców, odsyłam do lektury przepisów samorządowych. Znajdziecie tam odpowiedź na pytanie, dlaczego przez tak wielu nie jesteście rozumiani.
Na szczęście jest równie duża grupa wyborców, którzy poza edukacją otrzymaną w samorządzie mają inne źródła wiedzy i którzy nie dali się przekonać, że demokracja to ściema. W oparciu o tę grupę można podjąć wysiłek naprawienia szkód. Można wprowadzić prawdziwą samorządność w jednostkach samorządu terytorialnego. Nie będzie łatwo, bo to oznacza wzięcie przez mieszkańców większej odpowiedzialności za swoje miasto i gminę. A do tego nie ma zbyt wielu chętnych, jak i niewielu jest przygotowanych do podjęcia takiego wyzwania.
Ale wybór jest prosty, albo robimy to, o czym mówimy, czyli robimy prawdziwą demokrację mieszkańców, albo godzimy się z tym, że się nie da i żegnamy się z demokracją w ogóle.
