Jan Miejski

Aktywista specjalizujący się w unikaniu otwartej aktywności. Publicysta piszący tak, by nie pozostawiać śladu autorstwa. Analityk rzeczywistości, która opiera się analizie. Propagator idei stroniący od ideologii. Mieszkaniec świata wyobraźni i miasta prześnionego.

Referenda lokalne i ich warchoły

01 sierpień 2025

Przepisy o referendach lokalnych zawierają liczne zabezpieczenia chroniące wójtów, burmistrzów i prezydentów przed inicjatorami odwołania ich. Gwarantują, że inicjatywy te dochodzą do skutku niezwykle rzadko, a jeśli dochodzą, to jeszcze rzadziej okazują się skuteczne.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy (maj-lipiec 2025) odbyło się w Polsce 9 referendów w sprawie odwołania „włodarza” – wójta, burmistrza lub prezydenta miasta. Gdyby wrocławskiemu ruchowi SOS Wrocław udało się na czas zebrać 46 tysięcy podpisów, mielibyśmy także referendum w mieście wojewódzkim. Ponadto odbyły się dwa referenda dotyczące odwołania jedynie rady miejskiej.

Spośród przeprowadzonych plebiscytów tylko jeden zakończył się po myśli inicjatorów. Było to odwołanie prezydent Zabrza Agnieszki Rupniewskiej. W żadnym z pozostałych referendów kontestowani urzędujący „włodarze” nie uzyskali poparcia, ale… nie polegli w nich gdyż okazały się one nieważne, ze względu na zbyt niską frekwencję.

Zgodnie z ustawą o referendum lokalnym, aby wynik głosowania był ważny, frekwencja musi wynieść co najmniej 3/5 liczby mieszkańców (czyli 60%), którzy wzięli udział w wyborze odwoływanego organu w ostatnich wyborach samorządowych. Jak wyglądało to w tych kilkunastu przypadkach?

Miejscowość/ miasto

Wymagana frekwencja

Osiągnięta frekwencja

Miasto i gmina Kożuchów

3 294

2 200

Miasto Zabrze, odwołanie prezydenta

25 919

29 207

Miasto Zabrze, odwołanie rady

29 604

26 551

Gmina Stara Dąbrowa

1 017

653

Miasto i gmina Bolimów

961

920

Gmina Tymbark

1 857

1 344

Gmina Podgórzyn

2 019

1 479

Miasto i gmina Świeradów Zdrój

935

340

Miasto i gmina Nowogrodziec

3 173

2 469

Miasto i gmina Gozdnica

708

250

Gmina Zgorzelec

2 103

965

Miasto Hrubieszów

3 772

1 408

Wynik uzyskany w Zabrzu, ale też niedoszłe referendum we Wrocławiu na nowo wzbudziły komentarze i zainteresowanie instytucją referendum lokalnego.

Współczucie dla popieranej przez Platformę Obywatelską Agnieszki Rupniewskiej, odwołanej w referendum i zaskoczenie takim obrotem spraw, skłoniło niektórych komentatorów do rozważań o zbyt łatwych procedurach pozbawiających władzy raz wybranych „włodarzy”. Tymczasem kilkanaście nieudanych referendalnych działań odwoławczych w podobnym czasie nie nasunęło tym autorom myśli, że być może jest odwrotnie i procedury o wiele częściej blokują wolę mieszkańców niż im sprzyjają.

Przedmiotem sporu są tu wymogi dotyczące frekwencji. Obecne ograniczenia wynikają z założenia, że aby wzruszyć raz podjętą przez mieszkańców decyzję, wymaga się, by podjęła ją porównywalnie duża grupa mieszkańców. W tym sposobie rozumowania widać obawę przed nieodpowiedzialnością mieszkańców i jednocześnie przypuszczenie, że ich decyzje zdestabilizują zarządzanie samorządem. A realizuje je, w myśl tego rozumowania, nie rada, nie wspólnota mieszkańców, ale organ wykonawczy tego samorządu.

Zwróćmy uwagę, że podobnych „zabezpieczeń” nie wprowadzono przy odwołaniu starosty, czy marszałka województwa. Dlaczego? A no dlatego, że decyzje o odwołaniu podejmuje tu rada bądź sejmik, czyli podmioty, do których ustawodawca ma zaufanie, że nie zdestabilizują niczego. Co innego mieszkańcy, tu twórcy ustawy oczami wyobraźni widzą zdeprawowane grupy wichrzycieli i nieodpowiedzialnych awanturników przed którymi trzeba chronić wójta, burmistrza i prezydenta. Jeśli to było celem regulacji, to został on osiągnięty.

Nie jest to jednak jedyny efekt. Tak komentuje przyczyny porażki referendalnej mieszkanka Podgórzyna Małgorzata Pawlak
Niewykluczone, że to kwestia wieloletniego uczenia, że nie mamy na nic wpływu. A po drugie niechęć do polityki na żenującym poziomie krajowym skutkuje niechęcią do działań na poziomie lokalnym, które akurat w wielu przypadkach mogłyby mieć sens i chronić interesy mieszkańców (np. przed zakusami KPN-u).” Przewidywana przez twórców ustawy nieodpowiedzialność mieszkańców po 35 latach treningu zaczyna działać jak samospełniająca się przepowiednia.

 Jak działa mechanizm tej „edukacji obywatelskiej” do nieodpowiedzialności?

Po rozpisaniu referendum rozpoczyna się agitacja idąca w dwóch różnych, przeciwstawnych kierunkach.

Jeden kierunek to agitacja za odwołaniem „włodarza”, a drugi – bynajmniej nie za jego obroną, lecz za nieuczestniczeniem w decyzji. Nie trudno zgadnąć do czego łatwiej jest zmobilizować znaczącą liczbę mieszkańców. Każdy kto kiedykolwiek organizował choćby kampanię wyborczą wie, że kluczem do powodzenia jest nie tyle przekonanie wyborców do swych racji, co ich mobilizacja.

Rywalizacja referendalna jest przykładem wyjątkowo nierównej walki. Jedna strona musi zmobilizować wyborców, druga zdemobilizować. Tę kuriozalną nierównowagę kreują wymogi frekwencyjne. Gdyby ich nie było, każda ze stron stanęłaby przed tym samym wyzwaniem: namówienia swoich zwolenników do aktywnego poparcia. Obecny stan prawno-proceduralny jest długofalowo destrukcyjny i blokuje utrwalanie demokratycznych standardów i postaw.

Ograniczenia frekwencyjne w intencji obrony „włodarzy” przed „nieodpowiedzialnością” mieszkańców nakładają się na szereg innych reguł gry czyniących ją skrajnie nierówną. Broniący swej pozycji wójt, burmistrz czy prezydent dysponuje pokaźnym aparatem oddziaływania na opinie wyborców. Głównym źródłem wiedzy o jego skuteczności jest przecież prowadzone przez niego media samorządowe. Całe zastępy gminnych urzędników, ich rodzin, podwykonawców gminnych/ miejskich zleceń i innych dostawców tworzą gęstą sieć wzajemnych interesów. Niestety liczne organizacje pozarządowe również wplecione są w tę wiernopoddańczą konstrukcję.

Do tego dodać trzeba nasilające się ostatnio obawy mieszkańców przed podawaniem swojego numeru PESEL niezbędnego na listach poparcia, co utrudnia zbieranie podpisów. Częściowo rozwiązałoby ten problem wprowadzenie możliwości poparcia przez internet np. za pomocą profilu zaufanego. Ale po co ułatwiać „nieodpowiedzialnym” mieszkańcom ich warcholskie inicjatywy?

Tymczasem zatroskani jednym wygranym referendum komentatorzy nawołują do zaostrzenia progów referendalnych!

Powodzenia!

Już za chwilę, nie tylko o demokracji lokalnej, ale także o demokracji w ogóle (może…) czytać będziemy tylko w podręcznikach historii.