Ograniczenie to wcześniej proponowane było przez różne środowiska, lecz ostatecznie wprowadzone zostało w 2018 roku i od wyborów odbywających się w tym roku zaczyna się liczyć dwie kadencje. Wynika z tego, że efektywnie zadziała ono po raz pierwszy w najbliższych wyborach eliminując tych, którzy pełnili swe urzędy przez ostatnie 10 lat.
Od samego początku dwukadencyjność spotkała się z krytyką środowiska wójtów, burmistrzów i prezydentów. Wyrazicielem tych interesów stał się Związek Miast Polskich i inne korporacje samorządowe. Postulaty zniesienia ograniczenia pojawiały się regularnie. Opatrywano je argumentacją odwołującą się do praw obywateli (niech oni decydują, a nie ustawa) czy braku podstaw konstytucyjnych. To ostatnie uzasadnienie wydaje się szczególnie wątpliwe. Przypomnieć warto, że od 1990 do 2002 roku o obsadzie tych stanowisk decydowała rada, a nie powszechne wybory, a więc daleko idące zmiany w tym zakresie jakoś w Konstytucji się zmieściły.
Dlaczego dwukadencyjność ma sens?
Gdyby patrzeć na ten przepis okiem prawnika, który nie analizuje funkcjonowania miast i gmin, a jedynie spójność systemu prawa, to uregulowanie to wydaje się dziwne. Dlaczego akurat tu, a nie gdzie indziej pojawia się takie uregulowanie?
Odpowiedź jest prosta. Właśnie na tym szczeblu zarządzania doszło do bezprecedensowego skumulowania władzy. Nie trzeba być wybitnym analitykiem, by dostrzec jak wygląda proces decyzyjny w samorządzie. Porównanie z księstwem udzielnym, feudalnym włodarzem, czy wręcz kacykiem, nasuwa się samo.
Podporządkowanie sobie rady przez owego „włodarza” jest zjawiskiem powszechnie obserwowanym. Ma on taki zakres uprawnień, że ubezwłasnowolnienie organu, który teoretycznie ma go nadzorować, jest dziecinnie proste. Mamy więc raczej drużynę „włodarza” niż emanację wspólnoty samorządowej. Towarzyszy temu patologicznemu procesowi retoryka mówiąca o prawach i władzy mieszkańców, wspomnianej wspólnocie samorządowej itp.
Wszystko to razem odgrywa w polskiej demokracji dewastującą rolę. Miliony mieszkańców codziennie przekonywane są, że demokracja to ściema. Te wszystkie odwołania do władzy mieszkańców i ich roli, zderzają się z wyjątkowo autokratyczną praktyką zarządzania. I proszę nie mówcie, że przecież konsultacje… Jak piszemy w książce „O pustyni samorządności i jej rewitalizacji”, tylko 33% miast zmieniło cokolwiek pod wpływem wyników konsultacji, a w wielu z nich nie uczestniczyli zwykli mieszkańcy tylko urzędnicy i samorządowcy. To przykład tylko jeden z wielu dowodów na niedemokratyczny sposób zarządzania miastami.
Nie miejsce tu na szczegółowy opis funkcjonowania całego spójnego systemu, w którym nikt już nie pamięta o tym, czym miała być samorządność, co to znaczy zasada pomocniczości, a i sformułowanie demokracja lokalna też wydaje się mało adekwatne. To jest obraz, na który trzeba nałożyć postulat dwukadencyjności. Nie teoria państwa i prawa, nie intencje i modele wyjściowe, tylko realnie funkcjonująca rzeczywistość, na którą nie warto zamykać oczu.
Powiedzmy sobie szczerze: dwukadencyjność nie jest dobrym rozwiązaniem, ale… jest konieczna. To jest rozwiązanie nadzwyczajne, być może nieadekwatne do niektórych przypadków i w niektórych wspólnotach niepotrzebne. Musimy jednak spojrzeć na szerszy obrazek, myśleć o systemie, a nie o wyjątkach, które ten całościowy obraz przysłaniają.
Póki nie przywrócimy w sposób systemowy demokracji lokalnej, potrzebne są jakiekolwiek narzędzia, które powstrzymają patologie. To narzędzie jest szczególnie mało wyrafinowane, tnie jak siekierą, szkodzi wyjątkom, lecz uzdrawia dużą większość. Przecina sieci oplatające samorządy, burzy narosłe latami układy, daje szanse na pojawienie się czegoś nowego.
Czy to nowe będzie lepsze? To koło ratunkowe rzucone mieszkańcom. Czy z niego skorzystają? Czy dostrzegą wokół siebie matrix i dadzą sobie szanse? Pewnie jest wśród nas wielu, którzy w tę szansę nie uwierzą, machną ręką, bo przecież każda władza jest zła i z koniem nie ma się co kopać.
Jeszcze raz więc potrzebna będzie mobilizacja ludzi aktywnych i rozumiejących wyzwanie, by przekonać niedowiarków. Ale to dopiero w 2029. Jeśli... no właśnie, jeśli dwukadencyjność się ostanie, jeśli lobby „włodarzy” nie okaże się silniejsze i wszystko nie zostanie "po staremu", tak jak było przez ostatnie 35 lat.
