Ciekawią mnie ludzie i różne punkty widzenia. Pracowałam w instytucjach kultury, organizacjach młodzieżowych, handlu zagranicznym, prowadziłam też własną firmę. Świat poznawałam od Brazylii po Japonię i od Alaski po Dubaj – zanim ten stał się modny. Dziś prowadzę Stowarzyszenie Orzeł i Reszka, w nim projekt „Rozgłośnik Społeczny” oraz działania edukacyjne. Mam bzika na punkcie środowiska i przyrody.
Dyskusja o samorządzie utknęła na liczniku kadencji: dwie – i do domu, czy bez ograniczeń, skoro mieszkańcy nadal chcą wybierać tę samą osobę? To ważny spór, bo wieloletnie sprawowanie władzy sprzyja powstawaniu zależności. Limit kadencji może przerwać część tych powiązań, ale może też wymienić tylko człowieka, pozostawiając jego zaplecze na miejscu.
Zasadnicze pytanie brzmi więc: czy mieszkańcy mają rzeczywistą możliwość zmiany nie tylko nazwiska, lecz także sposobu działania i sieci powiązań?
Organy gminy i publiczne zasoby mogą służyć wspólnocie mieszkańców albo utrwalaniu przewagi partyjnego bądź miejscowego układu.
SAMORZĄD ZACZYNA SIĘ OD WSPÓLNOTY
Ustawa o samorządzie gminnym mówi jasno: mieszkańcy gminy tworzą z mocy prawa wspólnotę samorządową, a rada gminy oraz wójt, burmistrz lub prezydent miasta są organami gminy. Wójt nie jest gminą. Rada nie jest gminą. Urząd nie jest gminą. Podmiotem samorządu jest wspólnota mieszkańców.
Po upadku PRL przywrócono samorząd terytorialny, opierając go na samodzielności wspólnot lokalnych. Istotą tej reformy było zerwanie z pionowym podporządkowaniem władz lokalnych politycznemu centrum. Zależność biegnąca od partyjnej centrali przez region do gminy nie oznacza powrotu ustroju PRL, lecz odtwarza logikę podporządkowania, odwracając kierunek reformy i wypaczając jej sens.
Podobny mechanizm powstaje w zamkniętych układach miejscowych, nawet bez partyjnej legitymacji — lojalność wobec zaplecza zaczyna wypierać odpowiedzialność przed wspólnotą mieszkańców.
WYBÓR ZACZYNA SIĘ PRZED GŁOSOWANIEM
Nie wszyscy startują z tej samej pozycji. Demokratyczny wybór nie zaczyna się bowiem przy urnie. Zanim mieszkańcy oddadzą głos, partie decydują, kogo wystawić lub poprzeć. W wyborach do rad wpływają na kształt list oraz miejsca poszczególnych kandydatów, a w wyborach wójta, burmistrza czy prezydenta miasta — na to, kto otrzyma partyjne poparcie. Ostateczna decyzja formalnie należy do mieszkańców, lecz jeszcze przed głosowaniem partie kształtują zakres wyboru i warunki konkurencji.
Partyjny szyld może być dla wyborcy czytelną informacją o programie, ale kandydatowi daje również konkretną przewagę. Zwiększa jego rozpoznawalność oraz zapewnia dostęp do istniejących struktur, ludzi do kampanii, doświadczenia organizacyjnego i kontaktów.
Po wyborach partyjne zaplecze ułatwia także zbudowanie większości w radzie. Lokalna inicjatywa często musi całe takie zaplecze tworzyć od początku.
Problem nasila się wtedy, gdy odpowiedzialność przed mieszkańcami ustępuje lojalności wobec tych, od których zależy kolejny start, dalsza kariera czy polityczne bezpieczeństwo. Nie potrzeba pisemnych poleceń. Wystarczy wiedzieć, od kogo zależy przyszłość.
PUBLICZNE ZASOBY NIE MOGĄ SŁUŻYĆ ZAPLECZU
Zależność staje się szczególnie groźna, gdy polityczna lojalność otwiera dostęp do stanowisk w spółkach komunalnych i gminnych instytucjach. Spełnienie formalnych wymagań nie wystarczy, jeżeli rzeczywistą przepustką jest przynależność do kręgu „swoich”. Ludzie, którzy zawdzięczają temu układowi stanowisko, dochody i wpływy, mają interes w jego utrzymaniu.
Ten sam problem dotyczy informacji, tej finansowanej z budżetu gminy. Powinna wyjaśniać działania organów gminy i pozwalać mieszkańcom oceniać ich decyzje. Jeżeli pokazuje przede wszystkim sukcesy, a koszty i problemy wypycha poza kadr, to przestaje informować, a zaczyna promować osoby sprawujące funkcje publiczne.
Do powstania opisanych koterii partia nie jest konieczna.
W małej gminie partyjnego szyldu może w ogóle nie być,
a zależności pozostają. Ich centrum bywa wieloletni wójt
lub burmistrz, jego współpracownicy, podległe jednostki,
miejsca pracy i osobiste zobowiązania.
Taki układ może być całkowicie bezpartyjny, a zarazem równie zamknięty.
Nie chodzi przy tym o zakazanie partiom udziału w wyborach ani o usunięcie polityki z samorządu czy wiarę w „kryształowych niezależnych”. Chodzi o przywrócenie równych szans i reguły obowiązujące każdą ekipę: jawne kryteria obsadzania stanowisk, oddzielenie publicznej informacji od promocji rządzących, przejrzystość wydawania pieniędzy i realną kontrolę sprawowaną przez obywateli.
Dwukadencyjność może zmienić nazwisko, powinna zmienić układ. Właściwe reguły mają sprawić, by organy gminy odpowiadały przede wszystkim przed mieszkańcami, a nie przed partią lub miejscowym zapleczem.
GŁOS MIESZKAŃCÓW PRZED DECYZJĄ, NIE PO NIEJ
Odpowiedzialność przed mieszkańcami nie kończy się w dniu wyborów. Sprawdza się także w tym, kiedy otrzymują oni informację i na jakim etapie mogą wpłynąć na decyzję.
Znamy lokalne rytuały podejmowania decyzji: problem
rozpoznaje się w wąskim gronie, przygotowuje koncepcję,
wybiera wariant i tworzy uzasadnienie.
Dopiero wtedy ogłasza się konsultacje.
Mieszkańcy poświęcają czas, przedstawiają argumenty i zgłaszają uwagi. Później w urzędzie powstaje tabela, a przy kolejnych uwagach pojawia się krótkie: „nie uwzględniono”. Wszystko toczy się dalej tak, jak zaplanowano przed rozpoczęciem rozmowy.
To nie jest rzeczywisty udział wspólnoty w podejmowaniu decyzji. Konsultacje powinny zaczynać się podczas rozpoznawania problemu, tworzenia koncepcji i porównywania wariantów. Mieszkańcy wnoszą nie tylko opinie, lecz także wiedzę o miejscu, codzienne doświadczenie i kompetencje. Zaproszenie ich dopiero do komentowania gotowego, z reguły urzędniczego, projektu marnuje ten potencjał.
Nie każda zgłoszona uwaga musi zostać przyjęta. Każda powinna jednak otrzymać rzeczową odpowiedź: co uwzględniono, co odrzucono i dlaczego. Inaczej konsultacje stają się dekoracją, a mieszkańcy publicznością: między wyborami wolno im słuchać i – co najwyżej – komentować, ale nie daje się im rzeczywistego wpływu na bieg spraw.
Samorząd nie jest najniższym ogniwem ogólnopolskiej hierarchii partyjnej ani prywatnym dworem miejscowego włodarza. Jest sposobem, w jaki wspólnota mieszkańców stanowi o własnych sprawach.
Warto więc spojrzeć na własną gminę.
Kto naprawdę wpływa na wyłanianie kandydatów
i obsadzanie stanowisk? Czy informacja finansowana przez gminę
wyjaśnia działania jej organów, czy promuje osoby sprawujące
funkcje publiczne? Czy mieszkańcy uczestniczą w tworzeniu
rozwiązań, czy wolno im już tylko komentować gotowe decyzje?
Dwukadencyjność może pomóc osłabić zamknięte lokalne układy, lecz nie zastąpi jawności, kontroli i realnego wpływu mieszkańców. Samorząd staje się naprawdę samorządny dopiero wtedy, gdy publiczne zasoby służą wspólnocie, a nie zapleczu rządzących oraz gdy mieszkańcy mogą współtworzyć koncepcje od samego początku procesu decyzyjnego.
Wyróżnienia w tekście pochodzą od redakcji strony www KRM