Lech Mergler

Lech Mergler

Aktywista miejski z Poznania, z zawodu inżynier, potem wydawca i publicysta. Współtwórca stowarzyszeń My-Poznaniacy i Prawo do Miasta. Współorganizator Kongresu Ruchów Miejskich w 2011 r. w Poznaniu, prezes zarządu KRM 2016-2019. 

Ach ta polityczna elita...

21 sierpień 2026

Temat utrzymania albo zniesienia zasady dwukadencyjności dotyczącej wójtów, burmistrzów i prezydentów miast został na razie zawieszony, nie rozstrzygnięty. Jest o nim względnie cicho, choć pod spodem kwestia raczej buzuje. Przy tej okazji ujawniają się problemy istotne, słabo eksponowane, pokazujące stosunek rodaków do krajowej elity politycznej.

W mainstreamie pojawiają się materiały, często autoryzowane przez którąś z organizacji skupiających „włodarzy” i pilnujących ich interesów[1], o potrzebie uchylenia zasady dwukadencyjności. Niosą one lamentacje straszące katastrofą świata samorządowego jeśli dwukadencyjność wejdzie w życie. Liczni wielokadencyjni włodarze uważają się za niezastąpionych i rysują czarne wizje upadku samorządów – co to będzie jak nas już nie będzie! Komentatorzy formułują niby racjonalne argumenty przeciw dwukadencyjności – osadzone w Konstytucji, w tym jak jest za granicą, w socjologii, psychologii, demografii i in. Jest pomysł, że dwukadencyjność wzmocni wpływ partii na samorząd, osłabiając autonomię miast i gmin (jakby upartyjnienie samorządów już nie było ewidentne i powszechne.)

 

LUD PROSTY WIE SWOJE!


Tak czy owak – te lamentacje i argumentacje, biadolenia
i złorzeczenia kompletnie nie trafiają do przekonania
szerokiej publiczności
Vox populi (który ma być vox Dei),
w ogromnej większości popiera zasadę dwukadencyjności.


Ponadto – całkiem licznie popierane są ograniczenia dalej idące. W dwóch kierunkach: rozszerzenia zasady dwukadencyjności na posłów, senatorów, radnych gminno-miejskich, powiatowych i wojewódzkich, a nawet marszałków, starostów i jeszcze dalej. Drugi kierunek to zaostrzenie zasady dwukadencyjności do jednej kadencji.

Przykładowo – w konsultacjach sejmowych projektu ustawy autorstwa PSL-U znoszącej dwukadencyjność ok. 80% respondentów opowiedziało się za jej zachowaniem. W badaniu pt. „Barometr Lokalnego Kapitału Obywatelskiego” (Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia dla Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, 23.03 – 13.04 br.) jedynie 18% badanych chce całkowitego zniesienia zasady dwukadencyjności. Za jej utrzymaniem jest 48% badanych, a za zaostrzeniem do jednej kadencji – 12%. Łącznie to 60% – prawie trzy i pół raza więcej niż zwolenników zniesienia ograniczeń. A 14% chce zachowania ograniczenia liczby kadencji, tyle że do więcej niż dwóch. 

Innych przykładów powszechnego poparcia dla dwukadencyjności jest sporo. Jeden z najświeższych to zgodne komentarze na FB pod informacją o artykule eksperta Związku Powiatów Polskich na „Portalu Samorządowym”[2]. Nie „grzeszy” on obiektywizmem, bo reprezentuje organizację zaangażowaną. W tych ponad 450 komentarzach w zasadzie WSZYSCY z pojedynczymi wyjątkami opowiadają się za zachowaniem dwukadencyjności albo jej zaostrzeniem, a także rozszerzeniem na inne funkcje. Lamenty autora są gremialnie odrzucane.

Cytujemy wybór: 

  • Jestem za dwukadencyjnością! I pisanie takich bzdetów budzi we mnie niesmak ! Sitwy gminne są jak huba, nie do oderwania! Dwukadencyjność trzyma je trochę w ryzach!
  • Ha ha nie. Należy wreszcie odspawać zblatowanych z deweloperką, zmieniających miejskie media lokalne w propagandowe tuby dinozaurów
  • Dwukadencyjność należy rozszerzyć na radnych, posłów i senatorów. Dla co niektórych jedna kadencja to zdecydowanie za dużo.
  • Już płaczą. Koniec z wójtami siedzącymi po 30 lat bo byli największymi pracodawcami w gminie. Skończyło się. Możecie sobie lamentować.
  • Dwukadencyjność powinna dotyczyć wszystkich wybieralnych stanowisk bez względu czy to wójt burmistrz ale też poseł, senator, prezydent a nawet radny!
  • Optymalny wskaźnik rotacji pracowników w większości stabilnych firm powinien wynosić około 10% rocznie. Taki poziom pozwala na dopływ świeżej krwi i nowych pomysłów, nie powodując jednocześnie strat w ciągłości pracy…
  • A więc nie demonizujmy, że odejście włodarza po 10 latach jest stratą, wręcz przeciwnie jest szansą na rozwój, świeże spojrzenie na przyszłość gminy. A dobry włodarz tak jak dobry menadżer o pracę nie powinien się martwić.
  • Dwukadencyjność to jeden z najlepszych pomysłów na chorobę uwłaszczanie się władców na tronach. To jedyny sposób na prawdziwą demokrację w systemie, który mamy. Można przebudować system, jeśli zabraknie chętnych, liczbę gmin zawsze można zmniejszyć łącząc je. To rozwiązania dobrze znane na świecie i w Polsce też.
  • No i super. W każdej pracy na stanowisku kierowniczym, jeżeli kogoś się nie da awansować to trzeba go odpalić po 5-7 latach, człowiek zwyczajnie traci rozpęd, po 10 to sorry. Niestety to dotyczy każdego człowieka. Lepiej zaryzykować i wymienić. Zresztą taki dobrze oceniany włodarz szybko może przeskoczyć do sejmu, senatu, Europarlamentu itd.
  • Dwukadencyjność to najlepsza rzecz jaka spotkała samorządy. Znacznie ogranicza możliwość tworzenia układów. Był to dobry krok w stronę wykorzenienia korupcji i kolesiostwa. Oczywiście poziom korupcji dalej jest ogromny. (…).
  • Zlikwidujmy wybory samorządowe, wprowadźmy od razu monarchię dziedziczną dla burmistrzów, wójtów, radnych i ich rodzin !
  • Nie ma ludzi niezastąpionych, a jak jest dobry gospodarz, to powinien prowadzić taką politykę, by przygotować godnego następcę. Niemniej po 10 latach rządzenia, każdy się wypala i powinien przekazać pałeczkę w tej sztafecie, kolejnej osobie, która ma świeże pomysły i zapał

……………………………………………. Itd. itp. Jeszcze ponad 450 podobnych opinii…

 

WIE SWOJE i CO?

W zasadzie to nic nowego.


Zastanawia jednak pytanie, dlaczego ten powszechny sprzeciw
ludu wobec inicjatywy zniesienia dwukadencyjności
nie wywołuje prób wyjaśnienia? DLACZEGO lud się sprzeciwia?


Cisza, woda w ustach, złotouści żurnaliści tematu nie ruszają. Pochłaniają ich bez reszty wojenki partii i ich liderów, plus sondaże kto nad kim albo pod kim. Podmioty medialne czasem ogłaszają jakiś kolejny materiał z lamentacjami o tym, jak wielkim złem jest dwukadencyjność i tyle. Czyli lud swoje, media swoje, a politycy siedzą okrakiem na barykadzie i kombinują, co im się bardziej opłaca[3].

Wydaje się, że prawda jaka wyłania się z opinii o dwukadencyjności i pospolitych komentarzy ulicy oraz z badań (o których dalej), jest nieprzyjemna dla elit politycznych więc niezbyt chętnie jest wyrażana. Trzeba mieć cojones i motywację, żeby odważyć się publicznie ogłosić, iż KRÓL JEST NAGI.

 Od dawna dominuje u nas narracja, że polityka jest moralnie i estetycznie niska, brudna, obrzydliwa. Zastrzeganie się uczestników różnych gremiów iż to co oni robią nie ma nic wspólnego z polityką, to powszechny standard. „Trzymamy się z dala od polityki” głoszą działacze społeczni, samorządowi, nawet politycy (!) a media przyklaskują. Ma też miejsce duży dystans do państwa, w domyśle ono nie jest nasze, tylko zawłaszczone i nas okrada. Od początku III RP realny stosunek do państwa wyrażał się w podejściu do podatków, traktowanych powszechnie jako łupienie niewinnych, uczciwych ludzi.

Wydaje się, że obecnie w warunkach zaciekłej tzw. polaryzacji i konfliktu wewnętrznego sytuacja bardzo zdecydowanie posunęła się „do przodu”. Już nie tylko dla vox Populi polityka to jedno wielkie gówno, nie tylko państwo jest obce i złodziejskie.


Potępienie skierowało się zdecydowanie w stronę tych, którzy są
najbardziej sprawczy i odpowiedzialni za jedno i drugie,
czyli polityków: ELITA POLITYCZNA TO SAMO ZŁO! Nie znosimy jej
en bloc
, niezależnie od podziałów partyjno-ideowych,
nie mamy do niej zaufania, szacunku czy uznania, gardzimy nią.


Polityków mamy po prostu dosyć! To jest wniosek m.in. z powszechnego poparcia dla dwukadencyjności. To że ludność licznie głosuje na KO czy PiS nic tu nie uchyla: głosuję na PiS nie dlatego że mi się podoba, tylko dlatego że nienawidzę Tuska i „bążura”. Albo – nie cierpię KO ale na nią głosuję, bo bardziej boję się władzy antyunijnych PiSiorów w sojuszu z neofaszystami. Wybieram mniejsze zło, bo żadnego dobra wybrać się nie da.

 

CO WIDZIMY w POLITYKACH?

Na potwierdzenie przekonania o niechęci/ wrogości/ pogardzie ludu prostego wobec politycznych elit mamy, obok poparcia dla dwukadencyjności, wyniki przykładowych dwóch badań. Dotyczą one szacunku/ poważania i zaufania opinii publicznej do przedstawicieli różnych zawodów – rozumianych raczej szeroko jako role społeczne. W obu politycy znajdują się na dole drabiny zaufania/ uznania.

Wcześniejszy jest raport IPSOS Global Trustworthiness Index 2024, z końca 2024 r. i dotyczy zaufania do przedstawicieli poszczególnych zawodów z listy 21 profesji. (Link do Raportu w załączniku). Jedynie naukowcom ufa ponad połowa (51%) respondentów, i to pomimo popularności antynaukowych, spiskowych bredni. Mniej niż połowa ufa lekarzom (41%)[4], wojskowym (39%) czy nauczycielom (38%).


Politycy znajdują się na ostatnim,
21-szym miejscu listy, z zaufaniem 8%!


Warto dodać, że w tym badaniu zaufania Polska znalazła się na przedostatnim miejscu wśród 32 państw, przed Peru, a po Turcji i Chile. 

Badanie późniejsze  „Ranking prestiżu zawodów i specjalności” z 22-23.04.2025 na zlecenie BUSINESS INSIDER jest bardziej szczegółowe i obejmuje 51 profesji. Do ich oceny stosuje kryterium prestiżu: szacunku, poważania, uznania. Pokazuje też zmiany pozycji w rankingu w ciągu ostatnich 5 lat. Miejsca ostatnie, 51 i 50 zajmują influencer i youtuber z uznaniem ze strony ok. 13,7% badanych – liderzy rankingu to powyżej 80%.


Trzeci od końca (49. miejsce) jest poseł na Sejm,
z uznaniem 21,5% badanych, który spadł w ciągu 5 lat
o 18 miejsc (o 12 w ostatnim roku).


Obok na pozycji 48 jest europoseł, z uznaniem od 22,2%, a za nim (miejsce 47.) radny gminny, ze spadkiem w rankingu o 17 pozycji w ciągu 5 lat (o 13 w ostatnim roku). Senator RP (26,7% głosów uznania) i minister (27,6%) sąsiadują na miejscach 42 i 41, minister w ostatnim roku spadł w rankingu o 11 miejsc. Brak tu wójta, burmistrza, prezydenta miasta, ale poparcie dla dwukadencyjności wyjaśnia kwestię uznania dla nich. Ksiądz na miejscu 40. cieszy się uznaniem 29,3% badanych i „spadł” o 12 miejsc w ciągu 5 lat. Liderzy rankingu to strażak, ratownik medyczny i pilot samolotu pasażerskiego, powyżej 80%.

Sumując: polityków wszystkich szczebli i na różnych stołkach, od władzy wykonawczej i stanowiącej (zwłaszcza), lokalnej i krajowej, otacza co najmniej niechęć ludu, nie cieszą się oni szacunkiem ani uznaniem, nie są darzeni zaufaniem (choć zapewne nie wszyscy w takim samym stopniu). W skrócie – lud ma ich dosyć i szanuje o wiele mniej niż przedstawicieli niemal wszystkich innych profesji[5]. Co istotne – ta antypatia narasta od lat, a w ciągu ostatniego roku wzrosła skokowo, bardziej (nawet kilkukrotnie) niż łącznie przez wszystkie lata poprzednie.

 

CO DALEJ i DLACZEGO?

Powyższe nasuwa różne pytania i prowadzi do rozmaitych konsekwencji, w tym groźnych.


Oto totalny wkurw na ogół elity politycznej jest
niebezpieczny, bo dostarcza paliwa ekstremistom,
którzy chcą rozwalić system, przewrócić stolik
i przejąć władzę.


Nieważne jak będzie, byle było inaczej! Skoro racjonalne (wydawałoby się) decyzje wyborcze niczego nie rozwiązują i konflikt/ kryzys narasta, bo wymiana polityków nie prowadzi do zmiany polityki, trzeba rozwalić system, bo on nie działa!

Ale dlaczego tak naprawdę nie cierpimy naszej politycznej elity? Może to jednak przesada? Dlaczego Polacy mają szanować właśnie polityków skoro w Polsce wszyscy nienawidzą siebie nawzajem? Panuje totalna podejrzliwość i brak zaufania, drażliwość i skłonność do kłótni o cokolwiek (gdzie dwóch Polaków tam trzy stronnictwa…), powszechne poczucie krzywdy i jednocześnie przekonanie o własnej niewinności oraz moralnej wyższości.. Zabawa w sondaże mówi tylko tyle, że w danym momencie wrogość jednej części elity jest większa/ mniejsza niż wobec innej.

Pytanie DLACZEGO? jest podstawowe, bez niego trudno myśleć o poprawie sytuacji. Na polityków spadają niagary hejtu, ale nie miejsce tu na powielanie bluzgów. Nie wolno przerzucać na lud prosty odpowiedzialności, że np. niewdzięczny jest (i głupi, bo nie rozumie…), gdy politycy „wypruwają sobie flaki” w publicznej służbie. Starannie zapracowali oni na głębokie rozczarowanie tym, co wyprawiają! Odpowiedzialność zależy od sprawczości – polityk ma o wiele większy wpływ na rzeczywistość niż zwykły obywatel rodak-Polak. Masy rodaków to oczywiście nie są jakieś niewiniątka, skrzywdzone i sponiewierane, co widać np. w narastającej agresji. Niechęć do elity politycznej nie sprawiła przecież, że ludzie przestali ulegać jej wpływom. Może jest nawet odwrotnie: stale rośnie skuteczność wyrafinowanej manipulacji postawami i myśleniem ludności. Frustracja, lęk i wkurw są przekierowywane na innych, Ukraińców, Żydów, Niemców, gejów, grupy zawodowe.


Przypuszczam, że skokowy spadek uznania dla kasty polityków 
w ciągu ostatniego roku (zjazd na dół rankingu) świadczy o tym, 
że ludność ma już dość panującego pato-politycznego chaosu, 
agresji i tego całego obrzydlistwa, lejącego się hektolitrami z mediów wszelakich[6].


I słusznie czyni ona polityków odpowiedzialnymi za stan rzeczy zwiększający niepewność i poczucie zagrożenia tym, co przyniesie przyszłość. Każdy widzi, że ta pato-gra możnych polityki idzie o partykularne, partyjne interesy, o władzę, o konfitury. Deklamacje, że chodzi o Polskę, Polaków, dobro publiczne, samorządność, demokrację – to zużyta, maskująca ściema.

Wrogość wobec elity politycznej bierze się też z tego, że ona nie słucha ludu prostego, nie uwzględnia jego problemów, nie reaguje na oczekiwania, nie spełnia obietnic i deklaracji. Decyzjami polityki rządzą kalkulacje obsługujące doraźne interesy partyjne czy środowiskowe (kleru, deweloperów, myśliwych, leśników,…) bez oglądania się na vox Populi, albo tzw. dobro wspólne. Lud swoje, władza swoje. 

*   *   *

Odwrócić trend wrogości wobec polityków, i pogardy do polityki jako takiej, mogą tylko sami politycy!
Póki co jest im jednak chyba całkiem dobrze w ramach panującego status quo (kogo w końcu obchodzi, co myśli zwykły lud… on w ogóle myśli? ciemny lud wszystko kupi…), i nie czują potrzeby, żeby np. reformować system władzy. Zapewne dopiero jakiś poważny wstrząs wywoła potrzebę zmiany, oby tylko nie za późno…

  

[1] Jak Związek Miast Polskich, Unia Metropolii Polskich czy Związek Powiatów Polskich i in.
[2] Autor Bogdan Bugdalski, tytuł: ‘Gminy stracą doświadczonych liderów. „Egzotyczne rozwiązanie” uderzy w samorządy’, 9 sierpnia 2026.
[3] Powszechnie wiadomo, że wprowadzenie przez PiS w styczniu 2018 r. zasady dwukadencyjności było wymierzone w wielokadencyjnych prezydentów większych i największych miast, należących do PO lub przez PO popieranych. Obecnie ujawniają się także inne kalkulacje i kombinacje oraz partyjne interesy.
[4] Jest sporo mniej niż w innych badanych krajach.
[5] W przytoczonych badaniach IPSOS i BUSINESS INSIDER występują wyraźne, ale nie radykalne różnice pomiędzy oceną przedstawicieli różnych profesji. Bardzo złą pozycję polityków przynoszą zgodnie oba badania, w obu znajdują się oni na końcu list z najgorszymi ocenami, lub prawie na końcu.
[6] Być może agresja panosząca się w mediach społecznościowych, spontaniczna lub będąca wynikiem rozmaitych manipulacji – skutecznych, bo istnieje dla nich podatny grunt – jest sposobem odreagowania wkurwu na całą, obecną makro-sytuację, nader frustrującą i stresującą, która nie wiadomo jak się rozwiąże.

 

Frak kontra kontusz, który tak trudno zdjąć…

31 lipiec 2026

Od czterystu mniej więcej lat trwa w Polsce ze zmienną intensywnością konflikt pomiędzy aspiracjami i reformatorskimi działaniami progresywnymi, na rzecz modernizacji kraju, a oporem środowisk zachowawczych oponentów broniących status quo. Obecna polaryzacja jest kolejną odsłoną tej historycznej konfrontacji, dostrzeganej już choćby przez pisarzy takich jak Krasicki, Fredro czy Mickiewicz.

 Dlaczego dzisiaj, w XXI w., wciąż tak trudno oswobodzić się z mentalnego kontusza, obowiązkowo z szablą u boku?
 

JAK TO BYŁO i SKĄD SIĘ WZIĘŁO?

Starcie kontusza z frakiem znowu trwa[1]. Frak, jak łatwo odkryć, symbolizuje tu wzorce, idee, praktyki, wynalazki itd. napływające na ziemie polskie z syntetycznie rozumianego Zachodu. I jest raczej „strojem” miejskim. Kontusz (plus szabla[2]), historycznie wiejski, to obrona przed tymi wpływami, czyli m.in. przed westernizacją, dla zachowania przeszłych, często archaicznych, form życia i działania. One są mocno zmitologizowane, bardziej wyobrażone niż faktyczne. Na gruncie partyjno-politycznym w „kontusz” można dziś w uproszczeniu „ubrać” obóz określający się jako „patriotyczny”, wspierany przez katolicki kler. A we „frak” – środowiska nazywające się „demokratyczne” i proeuropejskie. Ci pierwsi ogłaszają się oczywiście demokratami, a drudzy uważają się za patriotów jak najbardziej.

Stawianie pytania, dlaczego w ciągu ostatnich 35 lat wciąż nie daje się uwolnić od mentalnego kontusza wynika z irytacji i zniecierpliwienia – przewlekłością i niską skutecznością prób wdrożenia wielu nowoczesnych standardów do polskiego życia.

W ŚWIECIE CYWILIZOWANYM LICZNE PROGRESYWNE STANDARDY
DAWNO NIE SĄ PROBLEMEM, SĄ POWSZECHNE, U NAS – PRZECIWNIE.

Wydawałoby się, że zaistniały już warunki dla powodzenia modernizacji, jest wolność i nie ma na kogo zrzucić winy za niepowodzenie. Wkurw bierze się z widocznej nieudolności, nieskuteczności środowisk progresywnych, które wciąż nie są w stanie przełamać oporu bogoojczyźnianej, plemiennej, zaściankowej konserwy[3]. I przeprowadzić konsekwentną modernizację kraju, trwale i wszechstronnie włączającą Polskę do cywilizacji Zachodu.

 Rzut oka na przeszłe dzieje w publicystycznym skrócie: pierwszym tutejszym proeuropejskim reformatorem był Mieszko I, który przez chrzest przyłączający swoje terytoria do chrześcijańskiego Zachodu zapoczątkował ich głęboką modernizację. Wybór chrześcijaństwa zachodniego, łacińskiego (a nie wschodniego) determinował dalsze polskie dzieje. Od XIII w. trwają lokacje miast na tzw. prawie niemieckim, utrwalające uczestnictwo Polski w europejskim ładzie feudalnym, gdzie rola miast była znacząca. „Złoty” polski wiek XVI obok wolności religijnej (np. Konfederacja Warszawska z 1573 r.) to właśnie okres rozwoju miast i rozkwitu mieszczaństwa. Postępująca od XVII w. pacyfikacja miast (i mieszczaństwa) w interesie szlachty, blokująca ich rozwój na 300 lat, prowadziła do zacofania cywilizacyjnego kraju i jego słabości, co pomogło zaborom w XVIII w. Próby reform od poł. XVIII w. z Konstytucją 3 Maja były zbyt późne, za mało radykalne, zbyt powierzchowne, przy niewystarczającej konsekwencji i determinacji reformatorów[4]. 

W TOKU DZIEJÓW BYŁO MNIEJ WIĘCEJ TAK, JAK OBECNIE:
TRZY KROKI DO PRZODU, DWA DO TYŁU A JEDEN W BOK
WIELKI BYŁ WPŁYW DZIAŁAŃ ŚRODOWISK WSTECZNYCH, W TYM
KOŚCIELNEJ KONTRREFORMACJI NASILONEJ OD XVII W.

Położenie Polski między antagonistycznymi – pod względem kulturowym, politycznym, mentalnym  i cywilizacyjnym – obszarami Zachodu i Wschodu odgrywa tu swoją rolę. W tym taką, że ok. 150 lat rozbiorów przez mocarstwa należące do tych odmiennych porządków, do dziś uwidacznia się w Polsce przez ukształtowane wówczas różnice „dzielnicowe”. II RP, rządzona przez kilkaset rodów ziemiańskich nie ma tu dokonań, mimo dobrych początków w trudnych warunkach (np. wyborcze prawa kobiet). Pół wieku komuny i okupacji to zawieszenie konfrontacji fraka z kontuszem – na rzecz dominacji kufajki i walonek. Komuna, separująca Polskę od Zachodu przyniosła jednak radykalną modernizację – na ruską modłę. Pewnych zmian pozytywnych jednak dokonała – likwidacji analfabetyzmu; egalitarnego, społecznego awans mas; industrializacji i urbanizacji, choć koślawych. To, że obecne próby nowoczesnej modernizacji idą jak idą, nie powinno zatem w tym kontekście historycznym zaskakiwać. Mogłoby się wydawać, że po 1989 r. zaistniały najlepsze warunki dla transformacji Polski w duchu modernizmu. Tymczasem niemal natychmiast po upadku komuny ujawnił się z dużą siłą mentalny potencjał bogoojczyźnianego kontusza, także po stronie elit „reformatorów”[5].

 

GRZECHY NASZE GŁÓWNE

Jakie są słabości reformatorskich elit uważających się za progresywne, średnio skutecznie dążących do pełnej modernizacji Polski? Pewne oczywistości są chyba dość powszechnie dostrzegane: 

  • Brak odwagi w planowaniu i wprowadzaniu zmian, stąd niska skuteczność z powodu połowiczności działań/ zamierzeń. Lęk przed ryzykiem, brak konsekwencji i gotowości do poświęceń, chwiejność niepozwalająca iść na całość. Bywa trafny epitet: wykształciuchy-miękiszony pozbawione cojones.

WOLĄ ZACHOWAĆ CNOTĘ NIŻ DĄŻĄC DO CELU CIĘŻKO „ZGRZESZYĆ”,
NP. PRZECIW ZACHOWANIU SYMBOLICZNYCH POZORÓW,
WAŻNIEJSZA NIEWINNOŚĆ.

Dlaczego? To ludzie „małej wiary”, nie traktujący wartości modernizmu poważnie – raczej konformistycznie, jako odznakę przynależności do „słusznego” środowiska. Oponenci przeciwnie – są nawet fanatycznie przekonani do sprawy, nie mają skrupułów ani oporów, nie boją się ryzyka. Cel uświęca im środki. 

  • Powierzchowna proeuropejskość, płytka, objawowa a nie rozumiejąca, przenikliwa. Europa to zasób, głównie materialny, supermarket z którego czerpiemy ile się da ze znaczną zniżką. Publiczny przekaz dotyczący przynależności Polski do UE koncentruje się na korzyściach finansowych, jakie ono przysparza. O wspólnocie europejskich wartości, praw, idei które są podstawą i sednem Unii generalnie się nie wspomina, również jako argumentacji w dyskusjach na temat Europy. Wyjątkiem może wolność przemieszczania się w Strefie Schengen. Bogoojczyźniana opozycja albo europejskie wartości przemilcza, albo je wyszydza (lewactwo, komunizm), i tropi potknięcia w działaniu UE. 
  • Pozycja na klęczkach (lub choćby przyklęku) wobec kościoła. Jedynie werbalna afirmacja świeckiego państwa oddzielonego od kościoła i religii, podobnie rytualna krytyka nadużyć kościoła i wyczynów (w tym kryminalnych jak pedofilia) duchownych, pijaństwa, swobody seksualnej, pazerności itd. Oficjalny sprzeciw wobec ingerowania kościoła w państwo i politykę nie przeszkadza bojaźliwemu uleganiu jego presji przy konkretnych politycznych decyzjach i udziałowi w rytuałach kościelno-państwowych. Bogoojczyźniana konserwa podchodzi do kościoła z cynicznym pragmatyzmem, czyli płacąc za jego poparcie a rzadkie religijne morały ignoruje. Kościołowi jest mocno po drodze z tymi formacjami. 
  • Powszechny w Polsce paternalizm obejmuje środowiska progresywne, tyle że przejawia się tam subtelniej niż wśród bogoojczyźnianej konserwy – pogarda i poczucie wyższości nie są tak jawnie i bezczelnie demonstrowane.

PATERNALIZM PANUJE W RODZINIE, W PRACY, KOŚCIELE, SZKOLE,
POLITYCE, AKADEMII I IN. NIKT NIKOGO NIE SŁUCHA:
RODZICE SWOICH DZIECI, SZEFOWIE PRACOWNIKÓW, KAPŁANI WIERNYCH,
NAUCZYCIELE UCZNIÓW i STUDENTÓW, POLITYCY OBYWATELI-WYBORCÓW.
PRZEKAZ PŁYNIE TYLKO W JEDNYM KIERUNKU: „Z GÓRY” „NA DÓŁ”.

W kraju panują stosunki postfeudalne. Standardy dotyczące polityki w środowiskach „demokratycznych” nie się różnią od innych: w partiach, samorządach i instytucjach panuje mało demokratyczny wodzowski styl zarządzania, demokracja kończy się na wyborach, a oddolna aktywność obywateli (np. referenda) jest traktowana jak zagrożenie dla status quo, czyli utrwalonych przywilejów elity.  

  • Polską rządzi egoistyczny partykularyzm partii, środowisk, grup, NGSów. Przy niskim zaufaniu społecznym i powszechnej podejrzliwości uniemożliwia to zawierzenie, iż ktokolwiek altruistycznie działa w imię dobra wspólnego i wyższych celów. Im bardziej szlachetne deklaracje, tym gorzej. Współpraca dla dobra wspólnego stała się przez to bardzo trudna. Egoizm indywidualny czy grupowy stał się cnotą, a rywalizacja egoizmów ma być zasadą organizującą życie społeczne. To jest quasi-liberalne dokonanie uderzające w więź wspólnotową. Nieograniczona walka wszystkich ze wszystkimi premiuje najsilniejszych, którzy tworzą wspierające się koterie wykluczające słabszych i przejmujące władzę. Razem z postfeudalnym paternalizmem kreuje to hierarchie społeczne, pionową strukturę społecznych nierówności, wykluczającą egalitarne partnerstwo. Stąd zdołowany w parterze lud prosty odwraca się od modernistycznej transformacji jako niesprawiedliwej, upokarzającej, wykluczającej, demontującej więzi międzyludzkie, na czym traci. I w konsekwencji popiera populizm. To także spora „zasługa” progresywnych elit, stojących za polską transformacją. 
  • Lenistwo, nie dość inteligencji i kompetencji umożliwiających rozumienie polityki jako gry sił realnych, a nie sfery pobożnych życzeń i naiwnych oczekiwań. Wizja modernizacyjnej transformacji traci poparcie, ale jej podmioty nie rozumieją tego powodów.

PROGRESYWNE ŚRODOWISKA PRZEGRAŁY SERIĘ WYBORÓW
WSZYSTKICH SZCZEBLI. DOTĄD JEDNAK NIE PRZEPROWADZIŁY
SAMOKRYTYCZNEJ, RZETELNEJ ANALIZY PRZYCZYN PORAŻEK –
POZA ZŁORZECZENIAMI POD ADRESEM PRZECIWNIKÓW.

Skuteczniejszej, bo inteligentniej rozpoznającej społeczne oczekiwania i nastroje? Teraz otrzymujemy odroczony rachunek za naiwne, uproszczone wyobrażenia na temat tego, jak działa i jak się kształtuje demokracja, progresywne społeczeństwo, społeczna gospodarka rynkowa, itd.. Niemłode tłuste koty rządzące od lat progresywnymi środowiskami nie są w stanie zmierzyć się intelektualnie z nowymi wyzwaniami. Nie chodzi tylko o wiek, choć zapewne ma on swoje znaczenie... Mamy w rezultacie demokrację dryfującą, o której nie wiadomo, dokąd ją prądy zniosą. I jest leniwa (po stronie „progresywnej”) wola utrzymania władzy. Show must go on ale propaganda oklepanych banałów nie zastąpi wysiłku zrozumienia obecnych wyzwań i zaplanowania na nie reakcji. Samo się nie zrobi.

 

KOMENTARZ UZUPEŁNIAJĄCY

Kluczowe są tu pojęcia modernizacji i modernizmu. Czy konsekwentna, strategiczna modernizacja (czyli głęboka zmiana społeczna i cywilizacyjna) może się w ogóle dokonywać bez przemeblowania głowy? I nie tylko elit, także w jakimś stopniu ludu prostego… Czy ta niezmodernizowana zawartość głów polskich wykształciuchów, uważających się za progresywnych i proeuropejskich, ich nastawienia, uprzedzenia i lęki nie są odpowiedzialne za powierzchowność i jednostronność, więc słabość, obecnej polskiej modernizacji? Zwłaszcza w kontekście wynikającego z badań rozpoznania, iż ogół ludu prostego jest pod wieloma względami całkiem progresywny, bardziej niż tutejsze elity… Czy żeby dokonała się faktyczna modernizacja kraju może wystarczyć budowa autostrad, lotnisk, fabryk i innej infrastruktury, plus banki, supermarkety i.te.pe? 

Przemysław Czapliński[6] ukazał specyficzną polską jakość rozwojową: modernizację bez modernizmu. Czy u podłoża tego stanu rzeczy nie leży słabość, albo wręcz brak oświecenia w Polsce jako procesu, który przeorałby elity duchowo i intelektualnie, jak na Zachodzie? Istnieje pogląd o „przedłużonym średniowieczu” w Polsce trwającym do końca II wojny światowej (np. Andrzej Leder, „Prześniona rewolucja” – II RP rządziło kilkaset rodów ziemiańskich, jak za królów)… Modernizację rozumiemy tu więc nie tylko jako materialną transformację cywilizacyjną polegającą na powstawaniu nowoczesnej infrastruktury, w czym swoje zasługi miały już władze państw zaborczych, budujących przemysł, kolej, kanalizację, elektrownie itd.

MODERNIZACJA MA ZA INTELEKTUALNĄ PODSTAWĘ MODERNIZM, CZYLI MA TEŻ
WYMIAR DUCHOWY, MENTALNY, POLITYCZNY, OBYCZAJOWY, SPOŁECZNY,
WYZNACZONY PRZEZ PROGRESYWNE WARTOŚCI OŚWIECENIA.

To rewolucyjna triada aksjologiczna: Wolność-Równość-Solidarność, będąca źródłem logiki praw człowieka, w tym praw mniejszości, standardów demokracji liberalnej.Potem – trójpodziału władzy, tolerancji i akceptacji dla odmienności, praw pracowniczych i socjalnych, wolności słowa, zgromadzeń, religii itd. 

Wg Andrzeja Ledera (źródło jak wyżej) podczas II wojny światowej na ziemiach polskich okupanci ze wschodu i zachodu dokonali rewolucji społecznej, bez aktywnego udziału, a nawet pełnej świadomości tutejszej ludności. Wyeliminowali, także fizycznie, większość starych postfeudalnych elit, miejskich i wiejskich, obok z mniejszości żydowskiej. Następnie wymuszona ruska modernizacja zawiesiła konfrontację fraka z kontuszem. Dopiero po 1989 r. w nowych warunkach politycznych i społecznych, ta konfrontacja odżyła. Oświeceniowe wartości progresywnej modernizacji jak widać niezbyt się wcześniej przyjęły, mimo odejścia starych elit i kadr. Obecnie ekspandujący nacjonalizm, z ksenofobią, antysemityzmem, rasizmem, faszyzującym autorytaryzmem niezbyt spotyka się z twardą, odprawą elit, które odrzucałyby te archaiczne, zaściankowe wizje urządzania kraju i życia. Mentalny kontusz z szablą coraz bardziej jest powszechny.

 

Nasze „progresywne” elity chcą nowoczesności, ale bez przesady, tak nie do końca, nie w pełni, bez ponoszenia kosztów i konieczności nieprzyjemnych zmian, patrz wyżej. Nam wszystkim przychodzi za to płacić.

 

[1] Nie powinno się zapominać ani lekceważyć chłopskiej sukmany w tej konfrontacji, choć tu sytuacja nie jest jasna. Napoleon noszący wszak frak zniósł poddaństwo chłopów na ziemiach polskich już w 1808 r. A definitywnie pańszczyznę znosiły nie „kontusze” tylko zaborcy w latach 1811-1864, najwcześniej w zaborze pruskim.

[2] Motyw szabli w polskiej mitologii patriotycznej jest niezwykle ważny, ale nie będzie tu rozwijany, bo otwiera obszar narracyjny leżący nieco z boku głównego wątku, wyznaczany przez bezsensowną bohaterszczyznę, podpartą narodową martyrologią. Ale zapytajmy – czy liczenie „szabel” przez ugrupowania w Sejmie, Senacie, radach miejskich i gminnych, powiatowych i sejmikach wojewódzkich jest wyłącznie pustym zabiegiem językowym?

[3] Ostatnio nasilenie bogoojczyźnianego, antyeuropejskiego przekazu jakby rośnie.

[4] Symboliczne było odstąpienie króla Stanisława A. Poniatowskiego od Konstytucji 3 Maja i jego akces do konfederacji targowickiej, przy sprzeciwie Tadeusza Kościuszki i ks. Józefa Poniatowskiego.

[5] Warto przypomnieć kolejne regulacje prawne będące „prezentem” dla kościoła od rządu Mazowieckiego (ws. religii w szkołach, aborcji, rozwodów, potem in vitro, antykoncepcji, zapisów o dominacji wartości chrześcijańskich w ustawach itd.).

[6] Za publikacją https://blog.polityka.pl/antymatrix/2016/05/29/duma-i-wstyd-przemyslaw-czaplinski-w-natarciu/

 

 

Czerwiec, czyli okrągłe urodziny KRM i walne zebranie

01 lipiec 2026

W czerwcu jakoś niepostrzeżenie minęły dwie okrągłe rocznice, dotyczące Kongresu Ruchów Miejskich (KRM): 15 lat od pierwszego Kongresu w Poznaniu i 10 lat od zebrania założycielskiego w Toruniu, na którym formalnie powołaliśmy Związek Stowarzyszeń KRM (federację).

Referendum Kraków: polityka partyjna czy progresywny paternalizm?

21 maj 2026

Referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego i rady miasta odbywa się w najbliższą niedzielę. Cieszy się ono dość szerokim zainteresowaniem w kraju, zapewne także dlatego że w grę wchodzi drugie co do wielkości, „królewskie” miasto w Polsce. Komentatorzy przypisują tej inicjatywie rolę intrygi w partyjno-politycznych krajowych strategiach konfrontacyjnych. Krytykowana jest też przy okazji sama instytucja referendum odwoławczego, a także progresywne polityki miejskie, propagowane przez ruchy miejskie jako nasz Miastopogląd.

Dwukadencyjność: niech to mieszkańcy decydują!

08 grudzień 2025

W Kongresie Ruchów Miejskich rozpoczęła się niedawno dyskusja nad poprawkami, które chcielibyśmy zgłosić w komisji sejmowej do projektu ustawy znoszącej dwukadencyjność „włodarzy”, którą to ustawę co do zasady odrzucamy. Jedną z nich był pomysł, by to sami mieszkańcy lokalnie decydowali, czy godzą się na kandydowanie na trzecią kadencję swojego włodarza.

Dwukadencyjność – będziemy wysłuchani, ale co z tego?

28 październik 2025

W sprawie projektu PSLu ustawy znoszącej dwukadencyjność włodarzy były sejmowe konsultacje społeczne. Potem była zgoda na wysłuchanie publiczne, więc wydawać by się mogło, że jedno z drugim jest do czegoś potrzebne. Głównie do poznania opinii społecznej, żeby ją wziąć pod uwagę przy uchwalaniu/ odrzucaniu projektu ustawy. NIC BARDZIEJ BŁĘDNEGO! Choć wysłuchanie jest dopiero jutro, DECYZJE JAKBY JUŻ ZAPADŁY, a ich treść idzie pod prąd opinii publicznej, jako że prawie 80% uczestników konsultacji w Sejmie była za utrzymaniem dwukadencyjności. Skąd my to znamy?

PRL-bis? I sekretarz partii ustawia samorząd

01 październik 2025

Sytuacja jest taka, że można przywołać cytat z Kabaretu Dudek: „Chamstwu w życiu należy przeciwstawiać się siłoM i godnościoM osobistoM”. Dedykuję go warszawskim radnym PO na czele z wodzem klubu – na okoliczność potraktowania przez nich mieszkańców stolicy podczas sesji rady miasta (18.09. br.). Omawiano na niej zakaz sprzedaży alkoholu nocą w stołecznych sklepach. Rada Warszawy pokazała się jako pokorny wykonawca woli stołecznego, „obywatelskiego” barona partyjnego.

Kacykoza nasza codzienna

19 sierpień 2025

Będzie tu mowa o „KACYKOZIE”. Ten ironiczno-szyderczy, niewątpliwie złośliwy neologizm wszedł do szerszego obiegu podczas inauguracyjnego Kongresu Ruchów Miejskich w Poznaniu w czerwcu 2011r. Wraz z innymi mało pozytywnymi określeniami wyraża emocjonalną, krytyczną ocenę sposobu zarządzania miastami przez naszych drogich „włodarzy” z ich przybocznymi. W ostatnich miesiącach, i latach, kryzys samorządności nadaje terminowi „kacykoza” nowej, wyrazistej aktualności.

Brunatna fala wróci na ulice naszych miast…?

09 sierpień 2025

Trzy tygodnie temu przez polskie miasta przeszła brunatna fala, niezbyt duża, od kilkudziesięciu do kilkuset uczestników. Dotknęło to, wg różnych mediów, 50 do 80 miast, co wskazuje na coraz szersze rozlewanie się brunatnych energii, jeszcze raczej płytkich i wątłych. Po pierwszej, emocjonalnej reakcji wszyscy już o zdarzeniu zapomnieli. Niedobrze, bo fala pewnie wróci i będzie większa.

Najmojsza prawda o przyszłości ruchów miejskich

10 czerwiec 2025

Oto całość materiału, który w formie skróconej starałem się przedstawić 7 czerwca br. podczas DEBATY OTWARCIA IX Kongresu Ruchów Miejskich w Bydgoszczy. Kwestią wiodącą jest (mniej więcej) pytanie: „Czy i do czego, komu, potrzebne są jeszcze ruchy miejskie?”. Ta kwestia wzięła się z opinii, że nikomu i do niczego potrzebne już nie są, bo partie i urzędy rozwiązują wszystkie problemy miast.

Strona 1 z 3

Adres korespondencyjny:
Związek Stowarzyszeń KONGRES RUCHÓW MIEJSKICH
80-236 Gdańsk, Aleja Grunwaldzka 5 
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Konto bankowe: 76 1600 1462 1887 8924 3000 0001
NIP: 779 246 16 30
KRS: 0000671496